Warszawa coaching portal
Warszawa coaching ICC
coaching
ankiety online
Coaching Szkolenia artykuły KefAnn PDF
   
 
artykuły - Oświecenie nie jest ciągłym uczeniem się czegoś nowego, ale wyzbywaniem się starych przekonań i nawyków, które są nieskuteczne. /Nieznany  
 
   
   
menu
li_strona_glownastrona głównapr_strona_glowna
li_coachingcoachingpr_coaching
li_kursykursypr_kursy
li_kursy_coachingukursy coachingupr_kursy_coachingu
li_artykulyartykułypr_artykuly
li_prezentacjeprezentacjepr_prezentacje
li_linkilinkipr_linki
li_o_naso naspr_o_nas
li_kontaktkontaktpr_kontakt
menu dol

top
coaching partners
bot

top
bot

strony www multimedia crm ankiety online on-line - W Gorącej Wodzie Company
This Page Is Valid HTML 4.01 Transitional

artykuły

« poprzedni kursdo góry« poprzedni kursdrukujdrukujzmień czcionkę


Pułapka „obcych ekranów”

I

Jeżeli potraktujesz swoje życie jak „ekran”, na którym wyświetlany jest film…

Oczywiście…


Masz mnóstwo wyobrażeń, jak ten film powinien wyglądać. Potrafisz sobie doskonale wyobrazić, co powinno, a co nie powinno się w nim znaleźć. Nie bierzesz pod uwagę, że mnóstwo w nich pomijasz. Są tam romantyczne kolacje, ale nie zwyczajne posiłki, są zwariowane szaleństwa, ale nie zwyczajne spacery, są chwile ogromnego uniesienia i radości, ale nie ma zwyczajnych zajęć, obowiązków. Cała codzienność gdzieś znikła, są jedynie cudowności. Oczywiście spacer i zwyczajne posiłki również mogą być cudownością. To zależy jedynie od tego, co określisz mianem cudowności w swoim świecie. Wtedy inne rzeczy będą normalnością. Sprawy zamienią się miejscami, ale i tak coś uznasz za cudowne, a coś innego za zwyczajne, codzienne.


Siedzisz przed tym ekranem swojego życia i film, który oglądasz czasem ci się podoba, a czasem nie. Widzisz na nim czasem (z niedowierzaniem) jakąś miłą scenę, śmiejesz się czasem, doświadczasz jakiejś nadziei. Innym razem widzisz zwykłą codzienność i wydaje ci się, że jest jej zdecydowanie więcej.

Kiedy porównujesz swoje wyobrażenia z tym, co widzisz naprawdę popadasz w jakiś nieokreślony smutek. Widzisz tak wiele braków, a może raczej należałoby powiedzieć nadmiarów. To nie ma większego znaczenia, jak to określisz – to cię męczy.

W rzeczywistości widzisz całe piękno ze swoich wyobrażeń, jednak różnica polega na tym, że jest ono umieszczone w realnej czasowej sekwencji. Te piękne chwile z wyobrażeń są po prostu pooddzielane chwilami zwyczajności, których sobie albo nie wyobrażałeś, albo wyobrażałeś ich sobie zdecydowanie mniej, niż ich rzeczywiście jest.


Albo masz takie wrażenie, że niektóre sekwencje trwają zbyt krótko, a inne znowu zbyt długo. Albo masz poczucie, że niektóre zdarzenia dzieją się „w zwolnionym tempie”, podczas gdy inne „w przyśpieszonym”. Jakkolwiek jest, to cię zaskakuje. Jednego nie możesz się doczekać, a coś innego „nie może” się skończyć. Jednego nie możesz przedłużyć, zatrzymać, a czego innego nie możesz skrócić, skasować. Masz pełny obraz, ale on ci się nie podoba niestety. Na dłużyznach popatrzyłbyś chętnie w jakiś inny ekran, ale się nie da, ponieważ natychmiast staję się to częścią twojego filmu. I tak z każdą chwilą dłużyzn przybywa, jest ich coraz więcej i coraz dłużej trwają. Więcej chciałbyś przewinąć, niż oglądać. Czasem w międzyczasie chcesz coś zrobić, ale okazuje się, że doszło właśnie kilka nowych scen nudnej codzienności. Tyle się wydarzyło i niczego to nie przyśpiesza – wręcz przeciwnie. Nie możesz tego wytrzymać, nie możesz na to patrzeć. Zamykasz oczy, by zapomnieć lub oglądać film z marzeń, ale gdy „wracasz”, boli jeszcze bardziej. Przychodzi czas, że nawet z tego chcesz zrezygnować. Najczęściej też wreszcie rezygnujesz. Popadasz w zniechęcenie, w smutek, a czasem nawet w rozpacz.

Żeby nie połykać własnych łez, szukasz jakiejś ucieczki. Co mogłoby cię na tyle zająć, by nie myśleć, nie żalić się, nie przeżywać bólu, zawodu, pustki? Po prostu nie możesz na to patrzeć. Nie dajesz rady patrzeć na to, co stworzyłeś. Robisz wszystko, by nie obarczać kogoś. Robisz wszystko, by nie widzieć jak ten ktoś cierpi z tobą, przez ciebie. Robisz wszystko, by samemu nie cierpieć.

To trudne do zniesienia. Czasem to nie do zniesienia.


Czym to zasłonić?

Jeden zaczyna czytać książki. Czyta i czyta, by otworzyć jakiś inny ekran. Nie zdaje sobie sprawy, że ucieka. Na początku to się nawet może sprawdzać, ale wraz z każdą stronicą, z każdą książką, jego świadomość wzrasta. Więc nie na długo ta ulga.

Drugi zaczyna pisać książki. To też może być skuteczne na jakiś czas. Otwiera ekran za ekranem i nie musi patrzeć na własny. Ale to również mija.

Trzeci patrzy w okna. Może na cudzych ekranach coś się ciekawego wydarzy. Nawet jeżeli jest tam jeszcze gorzej (najczęściej tak właśnie jest), to można poczuć się lepiej, że inni mają gorzej. Mniejsza o powody. Jeżeli zdarza się, że na cudzym ekranie dzieje się więcej, to człowiek czymś zajmuje swoją uwagę. To go wyrywa na chwilkę z „jego własnego ekranu”. To sfrustrowany odpoczynek, żaden odpoczynek – raczej wyłączenie, ucieczka, unik. Lecz i to kiedyś się kończy, bo ludzie śpią.

Jeszcze inny zaczyna patrzeć w ekrany sztuczne. Komputer, telewizor – one nie muszą spać. Nie męczą się. Zawsze coś się dzieje, coś gada, coś się porusza, coś błyszczy, coś jest kolorowe. Zwraca uwagę na tyle, że szarość wokół na chwilę znika. Nie ma znaczenia, czym jest to, co ją przysłania – ważne, że własna szarość znika. Tak zaczyna się zupełnie sztuczne życie. I również kiedyś mija.

Łzy jeśli się pojawią, to ze zmęczenia oczu, a nie z rozpaczy. Dobre, bezpieczne wytłumaczenie. Mechanika potrafi znieczulić. Właściwie o to chodzi, by się znieczulić, bo nie można wytrzymać swojego życia.


I będzie coraz gorzej dopóty, dopóki człowiek nie zrozumie, że życie składa się i z poezji i z prozy. Ucieczka będzie narastać dopóty, dopóki się tego nie zaakceptuje. Beznadziejność będzie coraz większa, dopóki człowiek nie zrezygnuje ze swych przywiązań.


Ale kiedy już to wszystko przestanie mieć znaczenie, to po co żyć?

Wydaje się, że wszystko traci sens. Czy na pewno? Życie tego raczej nie potwierdza. Jest wiele możliwości. Tę samą rzeczywistość można postrzegać na wiele różnych sposobów – wedle życzenia. To kwestia wewnętrznego wyboru, który oczywiście skutkuje charakterystycznymi dla siebie konsekwencjami. I rzeczywiście końcowe efekty mogą być diametralnie różne. Weźmy dwa skrajne scenariusze. Pierwszy nazwijmy „zamknięcie”, a drugi „otwarcie”. Punkt wyjścia dla obu scenariuszy jest ten sam. Został mniej więcej opisany na wstępie.

Reasumując. Człowiek obserwując swoje życie dochodzi do wniosku, że coś w nim nie gra. Spostrzega niedobory, nadmiary. Przestaje radzić sobie z sytuacją i poszukuje ucieczki w różnorodne aktywności. Wreszcie dostrzega, że nie można uciec. Dopada go zniechęcenie, smutek. Nie ma ochoty „oglądać swojego filmu”. Nie wie co zrobić ze swoim życiem, choć może zrobić wszystko, co zechce.

(Opis będzie w języku „JA” – by lepiej poczuć różnicę. Chodzi o doświadczenie czegoś w głębi siebie.)


Scenariusz pierwszy – „ZAMKNIĘCIE”
Siedzę i nie mogę spać…

Nie umiem się cieszyć.
Nie mam odwagi zapłakać.
Obecność zaczyna być karą.
Oczekiwanie jest coraz większe im bardziej wydaje się zanikać.

Poszukuję rozpaczliwie skomplikowanych wyjaśnień, a może to jest aż tak przerażająco proste. Przestaję nawet poszukiwać winnych, ponieważ znalezienie winnego i tak mnie nie uszczęśliwia – dobija jeszcze bardziej.
Zastygam, udaję, wmawiam sobie coś, nadaję miliony znaczeń, uciekam w jakieś pokrętne filozofie. Robię wiele bezsensownych rzeczy. Ale to nie pomoże. Czuję się zwyciężony przez jakiegoś wroga. Najczęściej to fikcyjny wróg. To jeszcze powiększa moją rozpacz, moją porażkę.
Każda chwila wydaje się być coraz dłuższa. Nie jest, ale taką się wydaje.
Tkwię w ciszy, która powinna mnie wyleczyć, ale ona mnie jeszcze bardziej dobija. Nie ma we mnie pogodzenia.
Mam coraz więcej świadomości i wraz z nią coraz więcej bólu.
Stygnę.
Czekam na koniec i wiem, że on nie istnieje.
W nadziei wyciągam rękę raz po raz, ale natrafiam na pustkę.
Pocieszam się, że to nie na darmo, że to do czegoś zmierza, że to musi być ważne. Pewnie jest, ale czy doczekam?
Paraliż wzrasta.
Łez nie ma.

Czekam, że ktoś coś zrobi, ale on nie zrobi. Nie może, nie potrafi. Jest uwięziony w takim samym labiryncie obcych ekranów jak ja. Może takich samych, może innych. Tak samo bezradny. Czeka.


Rozpacz tli się we mnie i przychodzi taki moment, gdy zaczynam wszystko ogarniać. To przerasta cały wcześniejszy ból. To mnie rozwala całkowicie.
Zaczynam sobie uświadamiać ogrom koszmaru, ogrom swojej niemocy, ogrom swojego zagubienia, rezygnacji, niechęci do życia.
Doświadczam mocy kotwic. Wszystko jest kotwicą, każdy jest kotwicą. Wpadam z objęć jedne kotwicy w objęcia następnej.
Patrzę na własną twarz w lustrze i chcę uciec, bo to kotwica przegranej.
Patrzę w książkę, nie mogę czytać, nie mogę się skupić, bo to również kotwica przegranej.
Chcę pisać, ale to również kotwica przegranej.
Jestem sam i to również kotwica przegranej.
Czuję coraz bardziej bezsensowny upływ czasu i staje się on kotwicą przegranej.
Dopadają mnie lawiny myśli i każda z nich jest echem przegranej.
Może ekran telewizora – nie, to też kotwica przegranej.
Okna, ludzie, wszystko jest kotwicą mojej przegranej.
Rozglądam się coraz bardziej, coraz więcej, by znaleźć cokolwiek, co nie oznacza porażki, ale pogłębiam w ten sposób jedynie rozpacz, bo nie mogę znaleźć. Nawet samo rozglądanie się udowadnia mi, że przegrałem.
Chcę powiedzieć spokojnie kilka zdań, ale mój głos brzmi obco – uciekam nawet z siebie, bo mój głos jest kotwicą przegranej. Obcy głos we mnie jeszcze bardziej. Głos bliskich ludzi „tnie mnie” na kawałki, a w ich oczach widzę ciemną otchłań. Słońce zgasło. Wszyscy i wszystko mówi mi, że przegrałem.
Chcę odpocząć, ale nie potrafię. Kładę się do łóżka samotnie, obok innej samotnej osoby i uświadamiam sobie przez łzy, które są kotwicą przegranej, że oto leżę w największej kotwicy. Tak łóżko staje się największą kotwicą przegranej. Nie mam dokąd uciec, nie mam siły uciekać, nie chcę już uciekać.
Więc, wstaję i łażę z kąta w kąt lub siedzę całymi nocami w objęciach ciszy, która jest również kotwicą przegranej.

Śpię coraz mniej, ponieważ chcę się jak najszybciej zabić.
Jem coraz mniej, ponieważ chcę się jak najszybciej zabić.
Palę coraz więcej, ponieważ chcę się jak najszybciej zabić.

Popełniam powolne, niezauważalne dla otoczenia samobójstwo, bo nie mam odwagi strzelić sobie w łeb – bo to jeszcze bardziej byłoby dowodem przegranej.
I nie potrafię też dalej żyć.
Nie chcę żyć…
…ponieważ to jest również kotwica mojej przegranej.

Jeśli zdołam się znieczulić, to „przeżyję”, ale będę już na zawsze przegrany.


Mniej więcej tak wygląda ów stan. Trochę smutny – „zamykający”. Rezygnacja, niemoc, bezradność.
Przejdźmy więc do drugiego.

Scenariusz drugi – „OTWARCIE”
Siedzę i nie mogę spać…

Mimo wszystko chcę się cieszyć.
Mam też odwagę zapłakać.
Obecność jest moją szansą.
Oczekiwanie jest coraz mniejsze.
Otwartość coraz większa.

Nie poszukuję skomplikowanych wyjaśnień, trwam w ciszy i akceptuję to, co się pojawia – dostrzegam prostotę i nic z nią nie potrzebuję zrobić. Wiem, że nie ma winnych. To mnie napełnia błogością.
Zastygam w prawdzie, jestem pogodzony, prawdziwy, niczego sobie nie wmawiam, nie poszukuję żadnych znaczeń, nie uciekam w żadne pokrętne filozofie. Jest we mnie coraz więcej siły, by przyjąć to, co jest. Nie robię żadnych bezsensownych rzeczy. W ogóle nic nie robię. Jestem. Czuję, że zwyciężam. Wrogowie zniknęli – byli jedynie fikcją mojego umysłu.
Chwila traci granice czasu.
Wychodzę poza czas. Jestem tu i jestem teraz. Doświadczam wieczności.
Tkwię w ciszy. Cisza mnie umacnia. Coraz więcej we mnie pogodzenia.
Mam coraz więcej świadomości i wraz z nią coraz więcej szczęścia. Doświadczam coraz więcej wolności.
Coraz głębiej tętnię życiem.
To początek.
Jestem otoczony pustką, w której jest wszystko, co jest. Z niej wszystko się wyłania. Jestem otoczony nieprzebranym bogactwem. Nie muszę nawet wyciągać dłoni – tak blisko.
Wiem, że moje doświadczenie jest ważne. Jest krokiem ku sobie, ku prawdzie, ku świadomości, ku wolności. Wiem, że już doczekałem.
Lekkość we mnie wzrasta.
Łzy są oczyszczeniem – świętym katharsis.

Nie czekam, że ktoś coś zrobi. Nie ma potrzeby oczekiwania. Nie ma nic do zrobienia – już wiem. Napełniam się miłością. To jak trwanie w modlitwie – w sercu Boga. Wysyłam miłość ku światu, wysyłam miłość ku ludziom. Emanuję współczuciem. Pojawia się we mnie głębokie zrozumienie. Już nie czekam – działam teraz, już.


Zaczynam wreszcie wszystko ogarniać i to napełnia mnie rozkoszą. To przerasta wszystkie wcześniejsze oczekiwania. To mnie umacnia całkowicie.
Zaczynam sobie uświadamiać piękno życia. Koszmary znikły. Doświadczam doskonałości. Doświadczam mocy.
Zaczynam rozumieć prawdziwe znaczenie kotwic. Odkrywam ich niesamowitość i sens. Wszystko jest kotwicą, każdy jest kotwicą. Wpadam z objęć jednej kotwicy w objęcia następnej.
Patrzę na własną twarz w lustrze i już wiem, że to kotwica zwycięstwa. Jestem tu – wciąż tu jestem i mam nową szansę. To piękne.
Patrzę w książkę, czytam i zyskuję nową wiedzę , nowe perspektywy, nowe horyzonty.
Piszę, ponieważ mam czym i chcę się dzielić.
Jestem sam i jest to szczególny czas bycia ze sobą samym. Cudowne doświadczenie siebie w nieograniczonej żywej i bogatej przestrzeni.
Czuję, że czas zatrzymał się w miejscu. Trwa wieczność, a ja w niej.
Lawiny myśli przychodzą i odchodzą. Obserwuję je. Leczę swoim spokojem, swą czułością. Każda mi przypomina ile przeszedłem, ile dokonałem.
Nie potrzebuję ekranu telewizora.
Nie potrzebuję okien.
Nie potrzebuję się za kimkolwiek lub czymkolwiek rozglądać.
Mój głos staje się spokojny. Wyraża wewnętrzną harmonię.
Głos bliskich ni ludzi jest jak balsam. W ich oczach widzę piękno. Słońce w pełni. Wszyscy i wszystko mówi mi, że zwyciężyłem.
Odpoczywam. Teraz dopiero dowiaduję się czym jest odpoczynek.
Kładę się do łóżka i nigdy nie będę już samotny, obok innej samotnej osoby, ponieważ jesteśmy Jedno. Uświadamiam sobie przez łzy, że oto doświadczam największej tajemnicy – życia. Łóżko staje się największą kotwicą wygranej. Nie potrzebuję skądś i dokądś uciekać, znalazłem miejsce Pełni i siebie w jej centrum. Po co uciekać? To centrum piękna.
Więc, żyję w objęciach Ciszy, która jest największą oznaką mojego zwycięstwa.

Śpię coraz mniej, ponieważ zachwyca mnie przebywanie w tu i teraz.
Jem coraz mniej, ponieważ wypełnia mnie Kosmiczna Energia Życia.
Nie inwestuję czasu i energii w nałogi, ponieważ już nie muszę uciekać.

Delektuję się każdą chwilą. Każdy oddech jest moim zwycięstwem.
Doświadczam wiecznego procesu życia.
Chcę żyć…
…żyję i jest to również kotwica twojej wygranej.

Doświadczam życia całkowicie i w pełni.
Wiem, że będę już na zawsze wygrany.


Teraz już chyba nie ma wątpliwości, co do odpowiedzi na wcześniej postawione pytanie. Zupełnie inna energia – prawda? Bardzo „otwierające”.

Wszystko, co przeżywamy ma wielki sens, głęboki sens, a naszym zadaniem jest odkrycie go.

To się nazywa rozwój. To jest wzrost.

Wszelkie nasze doświadczenia, którym nadajemy miano „trudnych” są nam niezbędne, są prezentem dla nas. Słowo „trudne” jest tylko słowem, którym my coś określamy i każdy sam określa, co dla niego jest „rudne”. Rzecz wielce względna. W rzeczywistości słowo „trudne” znaczy jedynie tyle, że nasza percepcja jest wąska. Słowo „trudne” świadczy o tym, że jesteśmy ubodzy duchowo lub, że chcemy się poużalać nad sobą i sobie odpuścić. Najciekawsze, że chcemy sobie odpuścić zanim w ogóle zaczęliśmy coś robić. Wystarczy powiedzieć to słowo i już jest podstawa do tego, by nie próbować ponownie. No i jeszcze jeden (równie ciekawy) myk. Otóż, jeżeli już czegoś dokonamy, to lubmy się pozachwycać, lubimy się pochwalić jakiej to „trudnej” rzeczy zdołaliśmy dokonać. Taka mała, niegroźna próżność. Teoretycznie. W rzeczywistości to fikcja wynikająca z fikcji. Jeżeli fikcją jest to, że to trudne (bo to tylko nasza wola, co nazwiemy „trudnym”), to jak można się oszukiwać, że się tak wiele dokonało. Ależ lubimy się ze sobą samym bawić w słowa.

Ciekawe jest też to, że gdy nadamy czemuś miano „trudne”, to też sami podnosimy sobie dodatkowo poprzeczkę. Oczywiście, że do góry – podnosimy znaczy w górę. (Dodałem, ponieważ ostatnio usłyszałem taki fajny tekst: „podnieś to koło do góry”. Tak, jakby było możliwe „podnieść coś do dołu”.) Więc sami czynimy, że trzeba włożyć więcej wysiłku w osiągnięcie tego, o czym mówimy „trudne”. Jeżeli nie chcemy myśleć, że to „łatwe” (bo to tylko inny rodzaj oszustwa – czasem jedynie bardziej użyteczny), to już lepiej w ogóle tego nie wartościować – jest jakie jest, a my chcemy coś z tym zrobić – zmienić to i już.

Zdaję sobie sprawę, że ten tekst – zwłaszcza na początku – mógł się wydać nieco destruktywny, szokujący lub coś w tym stylu. No cóż, czasami piękne słowa to jedno, a prawdziwe życie, to drugie. Nie powinno tak być, ale czasem jest. Chciałem uniknąć pięknego opisywania tam, gdzie należy zetknąć się z realnym stanem rzeczy. Widzimy czasem nasze życie w dość „czarnych barwach” i nie ma większego znaczenia, czy ktoś to opisze czy nie. Tak po prostu czasem jest. Być może przeczytanie o tym może komuś pomóc „wyprostować” jakiś kawałeczek własnej percepcji. Okłamywanie siebie jest jedną z najgorszych i głównych przeszkód do zobaczenia prawdy i dokonania zmian. To właśnie utrzymuje naszą wąską i błędną percepcję życia i samych siebie.

Dopóki człowiek nie zda sobie sprawy z tego, jak widzi swoje życie, ile z niego „wycina”, ile przekręca, ile pomija, ile dodaje w myślach, ile przekształca w coś, czym to nie jest, to nigdy się z tego „niby” bagna nie wydobędzie – a warto. Dlatego taka realność, dlatego bardzo wprost.

Wejście w trudne emocje nie jest groźne. Raczej jest leczące. Groźne jest zaprzeczanie, udawanie, pocieszanie się, zwlekanie, czekanie na lepszy czas – odkładanie na później, czyli na nigdy – to jest groźne. Zapominamy, że z każdą chwilą życie jest coraz krótsze, a nie coraz dłuższe. Więc na co czekać? Nie ma czasu na czekanie. Nie ma na co czekać. Mamy coraz mniej życia, ale to co możemy, to sprawić, by jego jakość była coraz większa. To nie ma wiele wspólnego z jego czasem. Nawet, jeżeli zostałaby nam tylko jedna chwila do przeżycia, to i tak warto przeżyć ją w pełni i w najpiękniejszy możliwy sposób. Może nawet szczególnie wtedy warto. Lecz, po co czekać na ostatnią chwilę? Zresztą, co oznacza „ostatnia chwila”? Nie ma czegoś takiego. Ta chwila, którą właśnie przeżywasz jest pierwsza i ostatnia. To jedyna chwila, jaka jest – teraźniejszość. Nigdy nie przeżyjesz jej po raz drugi, nie wróci. Była ostatnia – jedyna.

Któż to wie, która mogłaby mieć miano „ostatniej”? Wielu ludzi zakłada, że ostatnia chwila jest wciąż przed nimi – myślą o śmierci. Ale skąd to wiadomo? Zależy jakie kryterium się przyjmie. Może ostatnia chwila zdarzyła się im przy narodzinach lub w pierwszym roku życia, zanim jeszcze nawkładano im różnego rodzaju bzdur do głowy. Tak, wtedy jeszcze wszyscy byli prawdziwi i Jedno ze sobą. Później zaczęły się pozy i społeczne gry w życie. Trwamy w nich do dziś i nawet coraz bardziej je udoskonalamy. A może chwila śmierci nie będzie „ostatnią? Może się właśnie okaże, że nastąpi przebudzenie i stanie się pierwszą po długim czasie nie-życia. Kto to wie?

Tak czy inaczej można stracić „kawał życia” na szukanie lub określanie „ostatniej chwili”, ale pytam: po co? To tylko gra słów, a życie toczy się poza słowami. Czujesz życie, żyjesz życie, a nie mówisz życie. (Dobra – zgadzam się – niektórzy jedynie mówią „życie”.) Właściwie żyją życie, którego w pełni nie czują. Czują frustracje, które z życia wynikają (w ich oczywiście percepcji). Czują ból życia, radość życia, ale nie samo życie, które zawiera i to i to. Jest to zawsze kwestia indywidualnego wyboru. Każdemu coś się lepiej i coś gorzej układa, ale nie każdy czyni z tego tragedię. Niektórzy po prostu akceptują, że tak jest i zmierzają do szczęścia. Poszukują swojego wpływu i własnej odpowiedzialności. Poza przenośnią nie istnieje coś takiego, jak „w czepku urodzony”. Każdy przeżywa wzloty i upadki, każdy przeżywa radości i smutki, każdy też ma wybór. Nie różnimy się zbytnio przeżyciami, a jedynie kontekstami dla tych przeżyć i reakcją na te przeżycia. Jeden powie „tragedia”, siądzie i zacznie płakać (użalać się nad sobą), zaś drugi powie „Życie” i pójdzie dalej z ciekawością, co też przejawi się teraz. Ot i cała różnica.

„Kawał życia” – co to w ogóle jest? Życie jest całością. Nie da się go ot tak podzielić na jakieś „kawały”. Kawały to sobie można poopowiadać na imprezie. Życie, to dość poważna sprawa, dlatego należy je przede wszystkim traktować z przymrużeniem oka. To zasada ogólna. Im coś poważniej wygląda, tym bardziej należy „przymrużyć oko”. Zbyt poważne traktowanie owocuje nieruchomością, twardością i brakiem elastyczności – generalnie napięciem. To jedynie komplikuje. Człowiek boi się ruszyć, bo to poważna sprawa, więc może mieć poważne konsekwencje, a okazuje się, że najpoważniejsze konsekwencje są wtedy, gdy stoi się w miejscu. Dobrze, a jak można w ogóle stać gdzieś indziej niż w miejscu? „Stoi się” oznacza raczej (teoretyczny) bezruch niż miejsce. W miejscu można stać, ale w bezruchu się stać nie da. Życie to ruch. Jedna chwila bezruchu i nie ma życia. To jasne.



Zapraszam za miesiąc na dalszy ciąg.

Zaczniemy od kilku zdań konkluzji, zahaczmy też troszkę o „Ego” i o zawsze aktualny temat śmierci.

Zapraszam.

II

Zgodnie z obietnicą, zacznijmy po prostu od kilku konkluzji.


Jedyny „ekran” jaki widzimy, to nasz ekran. Nie można zobaczyć cudzego. Cokolwiek widzimy jako „cudze”, jest na naszym ekranie, więc w pewnym sensie jest nasze. „Ekran” jest lustrem naszego wewnętrznego świata. Przejawia się na zewnątrz, ponieważ wewnętrznie oślepliśmy, a już na pewno mamy spore niedowidzenie.

Warto spojrzeć bez dokonywania ocen. Żadnych (jakichkolwiek) ocen – ani pozytywnych ani negatywnych. Świadomość bez oceny. To zbieranie informacji, by wydobyć się z własnych iluzji. To stwarzanie sobie szansy, by doświadczyć, że wszystko przemija. Przejawia się i za chwilę tego nie ma. Każda myśl, każdy stan, każda emocja, uczucie, dźwięk – cokolwiek – wszystko jest w zmianie. Przywiązywanie się jest pułapką.

Chcemy przedłużyć swoje szczęście i chcemy skrócić swoje cierpienie. To ciekawe, że to co chcemy przedłużyć – skraca się, a to, co chcemy skrócić – trwa jeszcze dłużej. Bądź uważny, to jedynie iluzja. W rzeczywistości i jedno i drugie trwa tyle samo – chwilę, teraz. Tyle, że inaczej postrzegamy jedne rzeczy, a inaczej drugie. Wszystko tak samo się zmienia. Tylko nasz umysł nie nadąża za tą zmianą. Nie godzi się na nią. Przez chęć przedłużenia szczęścia powodujemy „przedłużenie” cierpienia. Dzieje się tak, ponieważ nasze wysiłki są bezowocne, a to wpasowuje się natychmiast w naszą potrzebę dokonania oceny i jest to oczywiście ocena negatywna – więc cierpimy. Tak naprawdę w każdej chwili stwarzamy nowe cierpienie. Nic nie trwa – to nowe cierpienie. Szczęście też jest wciąż nowe – jeśli jest. Zresztą „cierpienie” to następne słowo które nam coś ma uzasadnić. Po prostu zmiana się dzieje, ponieważ jest wieczna, ale my nazywamy to „cierpieniem”, ponieważ nie akceptujemy lub zwyczajnie nie rozumiemy tego oczywistego faktu. Zaskakujące, że wynika z tego, iż najwięcej pracujemy nad stwarzaniem cierpienia, a wszystkim się wydaje, że inwestują w stwarzanie szczęścia.

Stwarzanie szczęścia dokonuje się przez pogodzenie z naturalnymi prawidłami życia, a chęć przedłużania szczęścia dowodzi, że nie jesteśmy z nimi pogodzeni i owocuje samo przez się nowym „cierpieniem”. Więc, przez chęć sztucznego przedłużenia stanu szczęścia sami powodujemy przedłużanie swojego cierpienia. Tak to jest.

Radości przychodzą i odchodzą. Smutki przychodzą i odchodzą. Wszystko przychodzi i odchodzi. Takie jest prawo wiecznej zmiany – prawo życia. Można to zaakceptować i pokochać lub walczyć z tym, ale ta walka nie ma większego sensu. Nikt jeszcze nie wygrał z Wszechświatem i jego prawami. Zmiana jest prawem kosmicznym. Nie trzeba nawet w to wierzyć, ponieważ to można wiedzieć. Wystarczy chwila obserwacji.


Przejrzyj całe swoje życie, a wszędzie znajdziesz to samo – zmianę.

Przeżyj całe swoje życie, a zawsze przeżyjesz to samo – zmianę.


Pomyśl, kto by wytrzymał, gdyby miał przeżywać wciąż to samo. Nie oszukuj się – nikt by tego nie wytrzymał. To by nic nie zmieniło. Wszyscy byliby nieszczęśliwi. Zresztą jacy wszyscy – większość strzeliłaby sobie w łeb po godzinie. Tak naprawdę każdy wie, że cokolwiek jest, ulegnie zmianie. Tyle, że czasem oczekujemy zmiany, a czasem nie. Jednak wiemy, że zmiana działa i jest pewna. To jest element, który mamy opanować. Mamy nauczyć się, że zmiana nie jest ani czymś złym ani czymś dobrym – jest po prostu wszystkim. Mamy nauczyć się żyć z zmianie – czyli żyć w życiu, ponieważ to jedno i to samo.

Cóż, okazuje się to większym wyzwaniem, niż może się wydawać. Ale jest możliwe. A nawet nieuniknione. Właściwie już się dzieje, dzieje się zawsze i nieprzerwanie, tyle, że bez naszej spokojnej akceptacji. Dużo naszej energii inwestujemy w opór i życie nam ucieka na mentalnych procesach i wynalazkach, by oszukać naturę. To powoduje, że życie – nasze życie – przecieka nam „pomiędzy naszymi własnymi palcami” i na nasze własne życzenie.


Ciekawe jest też to, że ilekolwiek „przelewamy” między swoimi palcami, mamy poczucie, że to wciąż to samo w nowej formie. Tak rzeczywiście jest. To tak, jakbyśmy byli zamknięci w jakiejś „mydlanej bańce”. Nic nie może „uciec”. Spływa na „dno” i jest, by znów się przejawić. Powłoka wydaje się być niedostrzegalna, ale jest – delikatna i lustrzana. Kiedy patrzysz w lustro widzisz wielką „głębię”, której w rzeczywistości nie ma. Wielu ludzi wiesza lustra w domu właśnie z tego powodu, by „dodać oszukanej przestrzeni”.

Więc tkwimy w „mydlanej bańce”. Patrzymy w lustro i wydaje nam się, że widzimy siebie. Jednak to nie jesteśmy my. My jesteśmy schowani za tym, co widać. Trzeba „przekłuć” tę „bańkę tkwienia w iluzji”. To musi się stać, jeśli mamy żyć. Nasza wiara w oddzielenie trzyma nas w iluzji.

Oczywiście ktoś może sobie stworzyć taką misję, że przekroczy zmianę i stworzy stałe cokolwiek – na przykład szczęście. Może wierzyć, że dokona niemożliwego i na to poświęcić całe życie. Tyle, że szczęścia nie trzeba stwarzać, bo już zostało stworzone – jest wszędzie, w nas, wokół nas – przenika wszystko. Trzeba się jedynie w nim odnaleźć, zanurzyć – żadne słowo nie jest dość dobre. Trzeba je po prostu przeżyć, a ta „bańka” oddziela nas od tego przeżycia.


Powiesz, „cóż to trudnego – przebić „mydlaną bańkę” – a jednak. Trzeba zaryzykować zupełne odkrycie się, trzeba zajrzeć w siebie i przyjąć wszystko, co się pojawi. Trzeba stanąć w prawdzie, a to proste nie jest. Nasze „ego” lub „ja” dba o nasze lęki. To naprawdę ciekawe – zarządza nami coś, czego nie ma. „Ego” i „ja” nie istnieje. Pomyśl, kiedy się urodziłeś nie było żadnej z tych rzeczy. Nie było żadnej różnicy między tobą, mną, kimkolwiek i wszechświatem. Byliśmy jednością. W ciągu pierwszego roku życia zaczynamy się dopiero uczyć, gdzie jest granica między nami i wszechświatem. W rzeczywistości ją sami stwarzamy. Psychologia to już odkryła, że dziecko w pewnym okresie czasu zaczyna widzieć rączkę i kiedy się na przykład oparzy, zaczyna tworzyć obraz: „to ja, a tu się kończę”. Zaczyna się tworzenie iluzji „ja” i „ego”. Do tego momentu nie istniało. Była Jedność, żadnych granic. To ważne.

A dziś nam się wydaje, że „ego” i „ja” to jakieś realne rzeczy, że to my. Straszne nieporozumienie. Nie możemy tym być, ponieważ doświadczamy istnienia, a „ego” i „ja” nie istnieje. Czy widział ktoś, gdzieś, jakieś niczyje „ego” lub niczyje „ja”? Niech da znać, chętnie się wybiorę i zobaczę. Nie ma niczyjego „ego” lub niczyjego „ja”, ale to nie oznacza jeszcze, że skoro każdy „ma swoje”, to tym „ego” lub „ja” właśnie jest – to błędny wniosek. Nikt nie jest swoim „ego” lub „ja” – to jedynie wymyślony przez nas mentalny twór. To twór naszego umysłu. To nasza „bańka mydlana”. To nasze iluzoryczne więzienie. Sami je stworzyliśmy i nadal w nim tkwimy. Będziemy w nim tak długo, aż sami z niego postanowimy wyjść. Dziwne. Widzimy ten twór, to zjawisko z daleka (wydaje się realny i pewny), ale gdy podejdziemy bliżej, by się przyjrzeć okazuje się, że tam nic nie ma.

To tak jak z tęczą. Z daleka jest widoczna, ale gdy podejdziemy bliżej znika. „Gdzie się podziała, była tu przecież” – mówimy. Możemy się nawet zakładać, że ją widzieliśmy, ale kto ją kiedykolwiek widział z bliska? Zawsze jest daleko – to główna zasada istnienia iluzji. Tęcza jest iluzją, rozszczepieniem światła w kropelkach wody, ale sama nie istnieje. Czy widział ktoś tęczę bez światła i wody? Światło mogłoby uwierzyć, że jest tęczą lub woda mogłaby uwierzyć, że jest tęczą, ale wiemy, że ani jedno ani drugie tęczą nie jest. Tęcza jest iluzją, która sama w sobie nie ma racji bytu, nie istnieje, jest iluzją tworzoną przez wodę i światło. Ty również możesz wierzyć, że jesteś jakimś „ego” lub „ja”.

Wysilamy się, by zrozumieć, nauczyć się, rozwinąć, udoskonalić, ale kłopot polega na tym, że źle to zrozumieliśmy. Udoskonalić nie polega na dodawani nowych rzeczy. Udoskonalić polega na oczyszczani tych, które już są. Wszystko jest w komplecie pod stertą śmieci. Trzeba je wywalić, oczyścić, a nie dobrać nowych. Lubimy dobierać – to nasz pułapka – mamy poczucie, że coś zyskujemy. Nie lubimy „oddawać, pozbywać się”, ponieważ mamy poczucie, że tracimy. Jednak na tym poziomie nie możemy niczego stracić, możemy jedynie zyskać – czas to zrozumieć.

Rozwój polega na pozbywaniu się „śmiecia”, które nazbieraliśmy podczas swojego życia w wielu doświadczeniach. Polega na odzyskaniu pełnej świadomości, tej, którą mieliśmy rodząc się. To była pełna świadomość duchowej natury. Niestety nasz umysł nie był gotowy na różne niespodzianki, które tu na nas czekały, więc zaczął stwarzać iluzje – ale to tylko iluzje. Czas się z nich otrząsnąć. Zaczęliśmy nieopatrznie skrywać tymi iluzjami swoją prawdziwą duchową naturę, swoją zupełną doskonałość i niewinność. Wreszcie zupełnie straciliśmy z oczu swą prawdziwą istotę. Ale ona wciąż jest w nas, gotowa na odkrycie. Gdy staniesz przed lustrem nie dostrzeżesz jej, ale gdy spojrzysz w swoje oczy w lustrze i będziesz wystarczająco cierpliwy, to ją poczujesz w sobie – nie dostrzeżesz, pamiętaj – poczujesz. Taka magia – popatrzysz, a zamiast zobaczyć poczujesz.

I to jest właśnie oświecenie. Poszukujemy go całymi latami. Dowiadujemy się, uczymy, rozszerzamy swoją świadomość – to jest w porządku, ale to jedynie droga do oświecenia, a nie oświecenie. Oświecenie dzieje się wtedy, gdy odkrywasz, że jesteś Duchową Istotą. Wtedy, gdy odkrywasz, że zawsze nią byłeś i wciąż jesteś. Stajesz się oświecony w chwili, gdy wracasz do tego, z czym przyszedłeś i byłeś jako dziecko, a co przykrywałeś „śmieciami” dzień po dniu. Oto oświecenie. Wszystko, co ci potrzebne by być oświeconym masz od początku w sobie. Nosisz to w sobie, a szukasz na zewnątrz – stąd kłopot w znalezieniu. Masz już wszystko, zawsze miałeś. Masz wszelkie potrzebne części składowe – wszystko oprócz pamięci. Więc jedyne, co masz zrobić, to odzyskać pamięć. To jest ostatnia bariera, która oddziela cię od oświecenia. To jest jedyna bariera, która oddziela cię od samego siebie, od tego, kim naprawdę jesteś. Wtedy wydobywasz się nawet z pragnienia szczęścia i lęku przed cierpieniem, ponieważ są to jedynie koncepcje pomieszanego umysłu. Przeżywasz pełną błogość i zupełną rozkosz istnienia, a wtedy czym jest szczęście lub cierpienie, które potrzebuje kryteriów (jakichkolwiek, ale potrzebuje). To doznanie ponadzmysłowego Szczęścia. Jesteś poza wszelkimi kryteriami, jesteś w Centrum Centrum. Nie znajdziesz tam powodów do szczęścia lub cierpienia, ponieważ ich tam nie ma. Nawet nie będziesz ich szukać. Po co marnować energię i czas? Zresztą będziesz poza czasem – będziesz Istnieniem.


Wielu ludzi boi się śmierci. To nieco dziwne, bowiem ów lęk dowodzi, że się jeszcze w tym wszystkim nie połapali, że się nie przebudzili i nie odkryli swej natury i tego, że życie jest wieczne. To trochę tak, jakby martwy się bał, że umrze. Ci, którzy odkryli, już się śmierci nie boją. To jest naprawdę ciekawe – ci, którzy naprawdę żyją nie boją się, że umrą. Raczej cieszą się każdą chwilą, uczą się pełniej żyć, być pomocnym i robią wszystko, by być zawsze świadomym. Życie traktują jak prezent dla siebie, a siebie traktują jak prezent dla Wszechświata. Wiedzą, że są w „szkole” i chcą ja najszybciej odrobić swoje „lekcje”. Nie mają czasu na lęki. „Życie Tu i Teraz” jest zbyt piękne i zbyt krótkie, by się bać. To chwila – wiecznie trwająca chwila. Szkoda tej chwili na lęki, a tym bardziej szkoda tej wieczności.


Więc podsumowując, są tacy, którzy przeżywają wciąż swoje irracjonalne lęki i tacy, którzy przeżywają swoje życie. Ci pierwsi boją się coraz bardziej i coraz większej ilości rzeczy, zaś ci drudzy kochają coraz pełniej. Taka jest między nimi różnica, a reszta z tego wynika.

Jedni budują swoje „ziemskie imperia” i przywiązują się do nich, dbają jak mogą o swoje poczucie bezpieczeństwa i przeżywają coraz głębsze lęki. Wciąż bardziej zniewoleni.

Drudzy doświadczają piękna podróży bez przywiązań, wiedzą, że są tu na chwilę i mają ważne zadanie. Delektują się życiem i są zawsze gotowi na następny etap. Wciąż bardziej wolni.

Najciekawsze jest to, że ci pierwsi mają dużo i nie umieją się czymkolwiek cieszyć, a ci drudzy nie mają nic, a cieszą się wszystkim. To jakby „duchowy leasing” – wieczna dzierżawa – wszystko czego używają, traktują to jak swoje, ale to nie jest ich „własnością”. Mała różnica, która czyni wielką różnicę: „coś” nie jest moje – „coś” jest dla mnie.


Teoretycznie bardzo oddaliliśmy się od tematu „ekranów”. W rzeczywistości gapimy się wciąż na swoje „ekrany” – cokolwiek by się działo i wciąż orbitujemy wokół sedna sprawy. Być może ten „kiepski” wyjściowy stan był spowodowany właśnie tym, że mamy dość własnego filmu i chętnie „weszlibyśmy” w jakiś cudzy. Nie jest to możliwe i głęboko w sobie o tym wiemy. Przeraża nas, że tak mogłoby zostać, jak jest – to nas boli. I z jednej strony myślimy z utęsknieniem o śmierci, bo nas wybawi, a z drugiej obawiamy się jej, ponieważ niespełnione życie kończy się niespełnioną śmiercią. Wiemy, że piękne życie kończy się piękną śmiercią.

Lecz kiedy widzimy taki smutny film, to trudno sobie wyobrazić dobre zakończenie. Nasze miotanie się jest w rzeczywistości próbą znalezienia wyjścia. Szukamy sposobu, by odejść w pełni szczęścia, a nie w pełni rozpaczy. I jest tylko jeden sposób. Polega on na tym, by żyć w pełni tu i teraz. Być w pełni obecnym. Jedyne, co możemy uczynić to napełnić każdą chwilę szczęściem. Nie ma sensu uciekać przed śmiercią lub pędzić do czegoś, gdzieś. Wystarczy to pojąć. My jesteśmy istnieniem, a śmierć jest brakiem istnienia – nie możemy się w ogóle spotkać. „Brak istnienia” nie istnieje – istnieje zmiana czegoś w coś, istnieje transformacja. Woda, która wsiąka w ziemię nie znika, nie przestaje istnieć – staje się wilgocią, przeistacza się w kwiat lub w zapach kwiatu. Podobnie i my. My jesteśmy jak „powietrze”, śmierć jest jak „sito”. Nie da się „sitem” złapać „powietrza”. Można złapać „balon”, w którym jest to powietrze, ale nie samo powietrze. „Balon” jest naszym „ciałem”, „powietrze” to my, „sito” to śmierć”. Więc, żyjmy spokojnie, bo choć śmierć zawsze przychodzi w porę, to zawsze się „spóźnia” na spotkanie z nami. Nadajmy znaczenie każdej chwili naszego życia, zobaczmy jej prawdziwe bogactwo, przeżywajmy każdy dzień, jakby był ostatnim, jakby był najcenniejszym. Żyjmy pięknie, bogato, a reszta stanie się sama – łagodnie, mądrze, naturalnie. Śmierć ciała jest naturalną częścią życia.

Każdy człowiek poszukuje szczęścia. Niestety niektórzy chcą je osiągnąć przez ucieczkę. Uciekając nie można zaznać szczęścia. Nie ma znaczenia, czy ktoś ucieka przed śmiercią czy przed życiem – to jest to samo. Patrick Declerk powiedział: „Pamiętaj, że są dwa typy szaleńców: ci, którzy nie wiedzą, że umrą, oraz ci, którzy zapominają, że żyją.” To daje do myślenia.


Jakież to ciekawe. Im bardziej krążymy wokół śmierci, tym bardziej jesteśmy w centrum życia. W ogóle dzieją się rzeczy ciekawe. Wielu ludzi poszukuje rozpaczliwie jakiegoś wyjścia, ale ta rozpaczliwość właśnie powoduje, że nie mogą go znaleźć. Rozpaczliwość oddziela od doznawania pogodzenia. Myślą o śmierci, ale to nie wiele pomoże, ponieważ nie chodzi o myślenie o śmierci lecz o pełne doznawanie samego siebie w życiu. Taka mała różnica. Nie wystarczy tego intelektualnie zrozumieć. To nie wiele zmienia. Potrzebne jest doświadczenie szczególnego stanu umysłu – pogodzenia, akceptacji, spokoju. Taki stan pojawia się, gdy kończy się walka, gdy wszelkie sprawy – szczególnie te z samym sobą – są „pozałatwiane”, uporządkowane, zamknięte, wybaczone, uwolnione. To jest sedno spokojnej śmierci. To kwestia głębokiego przeżycia, doświadczenia katharsis, a nie jakiś proces intelektualny.

Wielu ludzi chce się odciąć od tego przeżycia. Nie chcą doświadczać jeszcze więcej bólu. To powoduje, że wchodzą w różne procesy mentalne i używają jedynie swojego intelektu. Jednak napięcie w nich wciąż narasta. Coraz więcej energii inwestowane jest w wytrzymanie, udawanie. Lecz im większy jest opór, tym silniejszy też pojawia się nacisk.

Dodatkowo na ekranach, którymi się otaczamy pokazywana jest śmierć albo bez szacunku, albo w sposób tragiczny i sensacyjny. Nakręca się ludzkie lęki lub proponuje wyparcie. Zanika całkowicie naturalna harmonia i zaduma nad głębokim sensem tego zjawiska. Przestaliśmy traktować śmierć jako naturalną część życia. Stąd nierealne i irracjonalne lęki milionów ludzi. Stąd bezsensowna walka. Ale kiedy walka się kończy, niespodziewanie zamiast bólu przychodzi ukojenie, pogodzenie, spokój, dobroć, akceptacja, miłość, czystość, ufność, otwartość, niewinność, łagodność, lekkość, radość, szczęście, współczucie, świadomość, piękno i wolność. Opadają wszelkie sztuczne zasłony. Znika rozpacz, lęk, złość, rozczarowania, przywiązania, osądy, żale. Pojawia się wdzięczność i domyka się proces wybaczania. Tak, objawia się wyzwolona dusza. Koło się zamyka i nastaje równowaga, pełna harmonia. Wtedy życie zaczyna się na nowo i nie ma znaczenia, ile jeszcze potrwa. W jednej chwili przejawia się wieczność. Śmierć nie jest już problemem.

Nawet z ambon słychać straszenie. Właściwie ambony stały się jakby „żywą telewizją” – przynajmniej w przewadze. Mówi się wiele słów na temat śmierci, ale niewiele z nich dotyka istoty śmierci. Nie ma znaczenia czyje to ambony. To nie ma nic wspólnego z jakimś konkretnym kościołem, ponieważ na świecie są tylko dwie religie: religia lęku i religia Miłości. Religia lęku nie wie nic na temat śmierci, religia Miłości wie wszystko. Ciekawe, że podobnie jest z życiem. Religia lęku nic nie wie na temat życia, religia Miłości wie wszystko. I w jakimkolwiek kościele jesteś, musisz podjąć kluczową decyzję, jaką religię chcesz wyznawać – lęku czy Miłości?



Nie można się dziwić, że w naszym umyśle dochodzi do wielkiego pomieszania. Natłok słów głoszonych przez samozwańcze autorytety i nasza zbytnia powierzchowność powodują wielki mętlik. Zapominamy stawiać pytania, wierzymy zamiast sprawdzić. Nie korzystamy z naszej zdolności myślenia. Przestajemy być wnikliwi, ciekawi, krytyczni, odważni. Oddajemy swoją wolność. Przyjmujemy cudze zdanie, by mieć spokój, ale ów spokój tym bardziej nam się wymyka. Nie ma dróg na skróty. Drogę oświecenia, odzyskania świadomości lub odzyskania pamięci – nazwij jak chcesz – każdy sam musi przejść. Mamy sporo do zrobienia z naszym umysłem, ale najpierw w ogóle trzeba go „odzyskać”. Tak, oddaliśmy nasze umysły w „jasyr” niewidzialnym wrogom, a oni robią sobie „jaja” – właściwie to „kogel mogel” w naszym mózgu. I mamy to na własne życzenie.

Problem polega na tym, że zapomnieliśmy również o tym, do kogo należy nasz umysł. Więc przypominam. Twój – do ciebie, mój – do nie, i tak dalej. To, co umysł wyczynia, to jedna sprawa, a to, gdzie się podziewa i kto nim zarządza to druga. A umysł rzeczywiście wyczynia wiele dziwnych rzeczy. Czas się obudzić. Każdy ma to samo zadanie. Ty, ja, każdy. Naszym zadaniem jest odzyskać wolność od fantazji swojego umysłu. Mamy okiełznać go, uleczyć, skorzystać z jego niesamowitych możliwości, talentów, zasobów, dobrodziejstw, a nie oddać się mu w niewolę i pozwolić na niszczenie nas samych. Zapomnieliśmy kto jest gospodarzem, a kto sługą.

Umysł trzeba nauczyć dystansowania się. Nie ma takiej zdolności. Wszystko traktuje bardzo poważnie, a większość spraw zbyt poważnie – niestety najczęściej nie te, które należy tak potraktować. Nie potrafi się zdystansować do zjawisk, a nade wszystko do samego siebie. Trzeba nauczyć go samoświadomości, czyli świadomości samego siebie. To podstawa. Umysł jest niczym „oko”, lecz ty jesteś Tym, który widzi. Oko nie może zobaczyć samo siebie, nie widzi nawet powieki, więc jak ma dostrzec Ciebie, skoro ty jesteś Tym, który widzi i jesteś niewidzialny? Sporo trzeba jeszcze nauczyć własny umysł. Lecz przede wszystkim dystansowania się i dyscypliny. Stanie się dzięki temu przejrzysty, plastyczny, rześki, dynamiczny, elastyczny. Bez tego jest strasznym „sztywniakiem”, a to się zupełnie nie sprawdza w działaniu.

Sednem duchowego rozwoju jest panowanie nad własnym umysłem. Powtarzam, nie chodzi o to, by odrzucić umysł lecz o to, by go przetransponować w lepsze narzędzie wewnętrznej przemiany. O taką przemianę chodzi – wewnętrzną, i o taką harmonię chodzi – wewnętrzną.


Kiedy to wszystko stanie się głębokim doświadczeniem i przeżyciem, na ekranie pojawi się zupełnie nowy film. To dopiero będzie premiera. Tak, ponieważ istnieje jedynie premiera – wieczna premiera w tu i teraz.

Więc…

… Życzę miłej Premiery.


I pamiętaj.

Nie jesteś w żadnej pułapce.

Po prostu Przeżywasz Życie – własne Życie.

Istniejesz.


KefAnn


« poprzedni kursdo góry« poprzedni kursdrukujdrukujwyświetleń: 4380

-
top
  International Coaching Community Logo  
top
top
  EMCC European EQA Quality Award  
top
top
  Zapisz się na newsletter  
top
top
  Spotkanie trenerów ICC  
top
  
 bottom