Warszawa coaching portal
Warszawa coaching ICC
coaching
ankiety online
Coaching Szkolenia artykuły KefAnn PDF
   
 
artykuły - Oświecenie nie jest ciągłym uczeniem się czegoś nowego, ale wyzbywaniem się starych przekonań i nawyków, które są nieskuteczne. /Nieznany  
 
   
   
menu
li_strona_glownastrona głównapr_strona_glowna
li_coachingcoachingpr_coaching
li_kursykursypr_kursy
li_kursy_coachingukursy coachingupr_kursy_coachingu
li_artykulyartykułypr_artykuly
li_prezentacjeprezentacjepr_prezentacje
li_linkilinkipr_linki
li_o_naso naspr_o_nas
li_kontaktkontaktpr_kontakt
menu dol

top
coaching partners
bot

top
bot

strony www multimedia crm ankiety online on-line - W Gorącej Wodzie Company
This Page Is Valid HTML 4.01 Transitional

artykuły

« poprzedni kursdo góry« poprzedni kursdrukujzmień czcionkę


Stres


Wiele się słyszy o działaniu stresu, o jego niedobrych skutkach. Pokazuje się stres jak wroga, którego należy zniszczyć. Szeroko zakrojone działania dodatkowo umacniają w nas przekonanie, że stres jest czymś bardzo powszechnym, wszechobecnym i silnym. Mogłoby się wydawać, że stres to jakiś doskonały stwór o niesamowitej inteligencji własnej, którego jesteśmy ofiarami.
Nie wiem, komu zależy byśmy tkwili w takiej zamierzchłej ciemnocie. A może nam samym?
Wiadomo, że pewien zakres stresu jest nie tylko bezpieczny i zdrowy dla człowieka, ale wręcz niezbędny. Dobrze nam służy. Wytwarza w nas pewien rodzaj twórczego napięcia i wspomaga nasze działania. Służy naszemu zmierzaniu do wewnętrznej równowagi. Dopóki nie przekracza pewnego poziomu wszystko działa, jak należy.
Problemy pojawiają się, gdy jest zbyt duży i zbyt długotrwały, czyli wtedy, gdy zaczyna się patologia. Dodatkowo, gdy przekroczy próg krytyczny intensywności i czasu, zaczyna rosnąć w nieskończoność. Wtedy robi się naprawdę niewesoło. Pojawia się wiele uciążliwych skutków. Jednak precyzyjnie rzecz ujmując nie są to skutki samego stresu, lecz jego nadmiaru utrzymującego się w czasie.
To jest istotna różnica. Wynika z niej, że nie ma sensu stawiać sobie nierealnych celów, by zniwelować stres do zera. To nie jest ani konieczne, ani nawet możliwe. Potrzebujemy odrobiny stresu, raz na jakiś czas, by zdrowo żyć. Poza tym nie wszystko, co nazywamy stresem, jest stresem. Myślę, że staliśmy się zbyt leniwi, albo po prostu zbyt wygodni i wiele różnych rzeczy wrzucamy do jednego „worka” o nazwie stres. Wystarczyłoby to przesiać przez dobre „sito”, a zostałoby może 15 %. Tyle w tym „worku” znaleźlibyśmy stresu.
Myślę, że wystarczy wstępnych wyjaśnień i rozróżnień. W tym artykule zajmę się jedynie niektórymi nieporozumieniami i patologiami związanymi z nadmiernym stresem. Dla uproszczenia będę używał po prostu słowa „stres”. Nie mam aspiracji stworzenia naukowego dzieła. To będą raczej dygresje i „wariacje na temat”. Moim celem jest troszkę odczarować zaczarowane i zachęcić do refleksji nad swoim życiem. Uważam, że jednym z powodów nadmiaru stresu, jaki przeżywa wielu ludzi jest brak ich zadumy nad sobą i zwyczajna nieświadomość.

Uwierzyliśmy, że jesteśmy ofiarami zjawy. Bądźmy realistami. Wystarczy chwila zadumy, by rozpracować tę fikcję. Stres nie jest czymś zewnętrznym. Nie da się stresu oddzielić od człowieka, a następnie nim zająć. Takie podejście jest zupełną pomyłką. To bezsensowna abstrakcja. Podkreślmy to.

Jedyne sensowne działanie polega na tym,
by zająć się konkretnym człowiekiem przeżywającym stres,
a nie stresem jako zjawiskiem.

Zastanówmy się. Pokazuje się nam stres jako „coś” o globalnym wręcz zasięgu. Wcale nie dziwi, że wielu ludzi nic z nim nie robi. Wytwarza się bowiem myślenie: „Jak ja, mały człowieczek mam sobie poradzić z tak ogromnym problemem?” To wywołuje jedynie dodatkowy stres wynikający z wiary we własną bezradność i odbiera chęć do działania. „Tylu ludzi na świecie doświadcza stresu i nie może sobie z tym poradzić. Skoro oni nie mogą, to i ja nie dam rady.” Oto przemożne działanie społecznego dowodu słuszności. Bardzo wygodne.
Odnosi się wrażenie, że stres to jakiś rodzaj zarazy, która z wiatrem przenosi się z jednej części globu na drugą. Niezła iluzja. Ze stresu uczyniono „negatywną postać bóstwa”. To nic nie daje. Skutkuje jedynie nową, elegancką formą globalnej spychologii. Jeśli nie ma kogoś, na kogo można delegować odpowiedzialność za własne niedociągnięcia, za niższą wydajność, za niechęć do wysiłku, za nieekologicznie życie, za brak motywacji, za skrywane uczucia, za kiepskie zdrowie, za złą pogodę lub za cokolwiek innego, to zawsze jest w zanadrzu stres. Spełnia rolę wybawcy od wszelkiego zła i zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak się narzeka na wybawcę. Zły wybawca? A może jednak zanadto ulubiony?
Myślę, że już sama kultura osobista nakazuje okazać odrobinę wdzięczności. Ostatecznie wystarczy powiedzieć słowo „stres” i ma się z główki. Od tego momentu, kto inny ma problem nie ja, ja mam przecież stres. Nic nie mogę na to poradzić. Ale fajne. Perpetuum mobile w praktyce. Ciekawe, co się stanie, kiedy wszyscy będą mieli stres. Kto nas wyleczy? Kto nas uratuje? Spokojnie, do tego nigdy nie dojdzie. To zbyt optymistyczne.

Stres nie jest naszym problemem,
problemem jest nasza bezmyślność.

Uważam, że jest wielkim nieporozumieniem postrzeganie stresu, jako przyczyny wszelkich życiowych komplikacji. To zupełne postawienie spraw „na głowie” i ewidentne nieporozumienie. Oczywiście stres pośrednio wywołuje wiele negatywnych skutków, ale nie wolno zapominać, że sam przede wszystkim jest skutkiem. Stres nie został stworzony i dany nam przez Boga, jako „niechciany prezent” i poza naszym wpływem, a my, ludzie musimy sobie z nim poradzić. Sami stwarzamy swój stres.

Stres jest wynikiem naszych wyborów.

Czas spojrzeć na stres, jako na skutek naszego oddzielenia się od siebie i naszych irracjonalnych działań. To jest jedyny dobry punkt widzenia.
Stres pojawia się jako skutek wtedy, gdy zaczynamy traktować siebie – człowieka, jak maszynę do wytwarzania dóbr, a nie istotę czującą. Sam nie wiem, czy to bardziej wynik głupoty, czy braku pokory.
Tak, czy inaczej powołaliśmy do życia stres. „Dzidziuś” urósł i nas nieco przygniata. Ale sami go wykarmiliśmy, a na brak strawy narzekać nie miał powodu. Można powiedzieć, że wręcz odwrotnie, dostawał dużo specyficznych odżywek, więc nic dziwnego, że stał się „sporym byczkiem”.
Mniejsza o przenośnie. W aspekcie przyczyny i skutku (według mnie) wygląda to tak.

Stres w 99 % jest skutkiem, a tylko w 1 % przyczyną.

Zamiast skupiać się na niwelowaniu stresu, należy skupić się na niwelowaniu tego, czym sami powołujemy stres do życia. Stwarzamy go sami, a wydaje się nam, że przychodzi z nikąd, że pojawia się jak nieziemskie zjawisko, na które nie mamy wpływu. Ale my mamy wpływ. Śmiało możemy o sobie powiedzieć:

Człowiek – stwórca stresu.

A może po prostu jesteśmy uzależnieni? Dziwnie zabrzmiało, ale warto się zastanowić. Spostrzegam przynajmniej dwa ważne aspekty.
Pierwszy, to uzależnienie od przeżywania stresu. Warto zadać sobie pytanie i szczerze sobie na to pytanie odpowiedzieć. Czy jest tak, że pierwsze, co nam przychodzi do głowy po obudzeniu się, to pytanie, czym się dziś można zestresować? Jeśli tak to mamy problem – poszukujemy stresu – jesteśmy uzależnieni. Może się to również objawić myśleniem typu: „oj żeby się tylko nie zestresować.” Tak czy tak, będziemy szukać okazji do stresowania się. Warto zastanowić się, czy potrafimy jeszcze funkcjonować w normalnych warunkach. Rozmawiałem ostatnio z pewnym człowiekiem, który ze śmiechem na ustach powiedział, że normalne warunki, to warunki stresu. To bardzo ciekawe, ale oznaczałoby, że w ogóle do jakiegokolwiek działania potrzebujemy stresu. Prawdopodobnie, tak jak w innych uzależnieniach, dawka musi wzrastać w czasie, bo organizm się przyzwyczaja. Uwaga, możemy dojść do absurdu. Wyobraź sobie, że w ogóle zaczynasz działać dopiero wtedy, gdy stres zaczyna cię paraliżować. To nie jest zdrowe życie. Ciekawe, jak będziesz musiał się zestresować, aby spokojnie zasnąć?
Drugi, to uzależnienie od tłumaczenia wszystkiego stresem. Objawia się bardzo prosto. Źle się czuję – wynik stresu, nie chce mi się pracować – wynik stresu, nie chce mi się bawić – wynik stresu, dziecko kiepsko się uczy – wynik stresu, przejechałem na czerwonym – wynik stresu, zaniedbuję swój biznes – wynik stresu, kłócę się z sąsiadami – wynik stresu, kłócę się z partnerem – wynik stresu, rujnuję swoje życie – wynik stresu. Można tak mnożyć bez końca. Wygodne, ale to droga do bagna. Uwaga! Bagno wciąga. Jeśli ktoś się chwali na lewo i prawo, że jest tak totalnie zestresowany, to ludzie zaczną go wcześniej, czy później unikać. Po tak zestresowanym człowieku można oczekiwać jedynie kłopotów. A kto chce kłopotów?
Na marginesie. To nie jest przypadek, że aktualnie jedną z najważniejszych rzeczy, jakie się sprawdza podczas rozmów kwalifikacyjnych, jest umiejętność działania w stresie i reakcja na podwyższony stres. Sami pracodawcy w pierwszej rozmowie z ewentualnym pracownikiem informują go, że tu stres istnieje oraz, że się go boją. Ciekawe, w jaki sposób sami go tworzą w swojej firmie? To niewygodne pytanie.
Wróćmy do poprzedniego wątku. Nie chodzi o to, by udawać, że się nie doświadcza stresu, gdy się go właśnie przeżywa. To jedynie spotęguje stres. Nie dość, że mnóstwo energii idzie na opanowanie stresu, to jeszcze dodatkowo trzeba to ukryć. Nie jest to najzdrowsze wyjście. Poza tym nie dokona się zmiany dopóty, dopóki się nie zaakceptuje, że jest tak, jak jest. Ostatecznie nie można zająć się czymś, czego się nie doświadcza.
Zwróć uwagę, że nadal jesteśmy przy drugim rodzaju uzależnienia. Wiem, że pojawiła się teoretyczna sprzeczność. Jak można tłumaczyć wszystko nadmiernym stresem, a jednocześnie wypierać się go? Zapewniam, że można. To bardzo dobry mechanizm obronny. Prosto działa. Na zewnątrz tłumaczę się stresem – wszyscy to robią. We wewnątrz uznanie przed samym sobą, że sobie nie radzę ze stresem jest zupełnie inną kwestią. Wielu ludzi postrzega to, jako swoją słabość i obawiają się, że ich życie legnie w gruzach, jeżeli przyjmą to, jako fakt.
To wielkie nieporozumienie. Nie można mieć pretensji do swojego organizmu za to, że wysyła informację: „ratuj się, działasz w ekstremalnych warunkach, to dla ciebie nie jest dobre”. Można mieć jedynie pretensje do siebie, że się nie słucha tej informacji, nie wyciąga wniosków i nie dokonuje zmian. Twierdzę, że oznaką mądrości, mocy i zdrowego rozsądku jest przyznanie się przed samym sobą, że nie panuje się nad przeżywanym stresem.

Ucieczkowych działań, których celem jest stłumienie stresu lub „odparowanie” znamy wiele. Jedni chodzą na siłownię, drudzy na basen, a jeszcze inni jeżdżą rowerem. Bardzo pożyteczne. Popieram, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś robi to, bo lubi to robić – czyli z pasją, a nie dlatego, że musi. W innym wypadku można to potraktować jako tymczasowe rozwiązanie – tak zwane „gaszenie pożaru”. Odpoczywanie z przymusu nie wystarczy na długo. Jakby na to nie spojrzeć, do i tak zbyt długiej listy zajęć trzeba dopisać następne. Kiedyś się wreszcie i tego odechce. To tak, jakby dodatkową pracą chcieć wyleczyć przemęczenie.

Jeżeli ktoś narzucił sobie rygor i odpoczywa, bo musi – marnuje czas.
Relaks rzadko pojawia się w wyniku obowiązku.

Poświęcanie dodatkowego czasu na dodatkowe zajęcia może nas również dodatkowo zestresować. Całkiem możliwe, że się mylę. Każdemu wolno się mylić. Jeżeli ktoś traktuje odpoczynek jako ucieczkę przed stanięciem „oko w oko” z problemem to tym gorzej dla niego. Sposobów na unikanie myślenia wymyśliliśmy wiele, każdy ma swoje ulubione. Jedni lubią balangi po świt zakończone kacem następnego dnia lub brawurową jazdę samochodem i przechwałki. Drudzy wolą włączyć telewizor i leżeć cały dzień jak „klusek leniwy” – to też świetnie wyłącza mózg. Jeszcze inni hazardowo stwarzają sobie poczucie podróży po całym internetowym, wirtualnym Świecie. Każdy znajdzie coś dla siebie. A wszystko po to, by nie zaglądać w głąb siebie. Czyż to nie jest zastanawiające?
Uważam, że potrzebujemy bezruchu, a nie wzmożonej aktywności. Potrzebujemy ciszy, a nie rozpaczliwego hałasu. Potrzebujemy zadumy, a nie uciekania od siebie i swoich myśli. Potrzebujemy kontaktu z samym sobą, a nie wyczytanych w gazecie lub zasłyszanych w radiu recept na szczęście. Potrzebujemy wewnętrznego spokoju i równowagi. Potrzebujemy przywrócić harmonię w naszym wewnętrznym Świecie, nawet, jeżeli niektórych z nas czeka najpierw wyprawa w poszukiwaniu „zaginionego” wewnętrznego Świata.
Tego wszystkiego naprawdę potrzebujemy. Dopóki tego sobie nie zapewnimy, będziemy doświadczać nadmiernego stresu wraz z jego wieloma uciążliwościami. Stres jest skutkiem nie tylko tego, co robimy, ale również tego, czego nie robimy, a powinniśmy zrobić.

Podsumowując. Warto zadać sobie pytanie, czy sposób, w jaki się relaksuję, uszczęśliwia mnie, czy tylko powoduje, że mniej odczuwam to, co mnie unieszczęśliwia. To duża różnica. Pamiętajmy, że jesteśmy ludźmi i opanowaliśmy do perfekcji oszukiwanie siebie. Możemy sobie wmówić, co tylko zechcemy. Jesteśmy w tym genialni i między innymi za to płacimy stresem.

Zajmujemy się nie tym, czym należy. Uciekamy w zewnętrzne działania, zamiast najpierw zbadać, skąd się bierze problem. Chcemy się uleczyć, ale nie wiemy, co w nas „szwankuje”. Nasze działania wydają się dość abstrakcyjne. To tak, jakbyś zadzwonił do lekarza, ponieważ boli cię serce, a on na podstawie brzmienia twojego głosu zaleca, abyś przez miesiąc zapuszczał sobie krople do oczu, smarował przestrzenie między palcami u stóp maścią na hemoroidy i rozsypywał tabletki na rozwolnienie wokół swojego domu, to przejdzie.
Nie wystarczy ogólne stwierdzenie: „mam stres”. Nie wystarczy podjęcie „jakichkolwiek” działań. Trzeba dowiedzieć się więcej, by znaleźć odpowiednie rozwiązanie.
Inaczej leczymy ból głowy, który jest wynikiem słabego krążenia, a inaczej, jeżeli wynika z nacisku kręgu kręgosłupa na nerw lub, jeśli jest efektem zaburzonej gospodarki hormonalnej w organizmie. Jeszcze inaczej, gdy przyczyny są czysto psychologiczne. Okulista potrzebuje szczegółowego badania, by dobrać odpowiednie szkła. Dalekowidz potrzebuje innych szkieł, niż krótkowidz. Dodatkowo może być potrzeba dobrania innego szkła dla lewego i prawego oka. Trzeba też zbadać, czy nie występuje na przykład astygmatyzm. Wiele wstępnych czynności. To stwarza szansę na szybkie i skuteczne rozwiązanie problemu.

Aby rozwiązać problem, należy go najpierw rozpoznać.

Diagnoza jest niezbędna, to oczywiste.

Na początek potrzebujemy spojrzeć w nowy sposób i zrozumieć mechanizmy stwarzania sobie stresu. Potrzebujemy uczynić wgląd i dowiedzieć się, jak to sobie robimy.
Podstawowa wstępna trudność polega na tym, by w ogóle przyjąć, że sami to sobie robimy. Wielu ludzi wpada w pułapkę obarczania innych ludzi za swój stres. Niewątpliwie inni ludzie mają wpływ na nasz stres, jednak, jaki jest zakres tego wpływu zależy jedynie od nas samych.

Szukanie winnych na zewnątrz nic nie daje.
W ogóle szukanie winnych nic nie daje.
Jedyne, co ma sens, to szukanie rozwiązań.

Można zapadać się w sytuacjach i działaniach innych ludzi, ale to nie zaowocuje naszym mniejszym doświadczaniem stresu. Wcześniej czy później dojdziemy do wniosku, że nic nie zależy od nas samych i dodatkowo popsuje nam nastrój. Nie o to nam przecież chodzi. Poza tym, po prostu nie jest prawdą, że nasze życie bardziej zależy od innych ludzi, niż od nas samych.
Zajmowanie się innymi ludźmi jest równoznaczne z zajmowaniem się nie swoim stresem. Po co ci diagnoza cudzego stresu. Przecież jest oczywiste, że wyniki badań Pana X nie będą dobre do przepisania leków Panu Y.
To zaskakujące, ale zupełnie nie bierzemy pod uwagę, że inni ludzie też mogą doświadczać stresu. Wydaję się nam, że jesteśmy jedyną zestresowaną osobą na świecie. Wszyscy powinni nas zrozumieć i nam pomóc. Nie są w stanie, sami czekają właśnie na zrozumienie i pomoc. Ta kolejka jest baaaaaardzo długa. Najciekawsze, że jest to kolejka do „sklepu, w którym obowiązuje samoobsługa”. Co za ironia!?
Zapewniam Cię, zawsze można znaleźć powody i odpowiedzialnych poza sobą. Politycy nie dbają o to, by Twoja firma mogła działać stabilnie – ciągle wymyślając nowe „chore przepisy”. Pracodawca wymaga dużo, dając mało w zamian. Ludzie reklamy zrobili Cię „w konia”. Złodziej chce ukraść Twój samochód. Terrorysta chce zestrzelić samolot, do którego wsiadasz. To tylko kilka przykładów. Można wymieniać bez końca, to łatwe i każdy to potrafi. Niestety to iluzja. To nie są prawdziwe powody naszego stresu. Nasz stres ma swoje źródło na znacznie głębszym poziomie. Poziom, na którym powstaje i kumuluje się napięcie, to poziom wartości. Później dopiero objawia się na zewnątrz jako stres. To najważniejsze, co trzeba zrozumieć.

Nasz stres jest skutkiem zachwiania równowagi w świecie naszych Wartości.

Nasz stres jest skutkiem braku wzajemnego szacunku, braku pokory, braku uczciwości, braku miłości, braku zrozumienia, braku współczucia, braku wielu innych Wartości. W pierwszej chwili trudno uwierzyć, że zaniedbania na poziomie tak subtelnym i nienamacalnym jak poziom wartości, mogą owocować tak ogromnie namacalnym zamieszaniem na zewnątrz, ale takie są fakty. Złe wieści są takie, że to dopiero początek. Nie chcę straszyć, ale stresu nam przybywa, a nie ubywa. Stres narasta, więc będzie jeszcze gorzej niż jest teraz. Chyba, że zaczniemy dokonywać w sobie zmian, zamiast oglądać się na innych i pocieszać, że samo przejdzie.
Za swoje Wartości każdy sam odpowiada. Jeżeli pozwalamy komuś, by je „deptał”, to sami jesteśmy sobie winni. Ale zostawmy innych w spokoju. Zajmijmy się sobą. Najważniejsze jest zrozumienie faktu, że jeżeli sami nie szanujemy swoich najświętszych Wartości, nie dbamy o nie i nie żyjemy w zgodzie z nimi, to wcześniej czy później zaczynamy odczuwać stres. To nieuniknione.
Nasz stres jest „dzwonkiem alarmowym”. Czynimy z naszego życia bezsensowną, bezmyślną i pozbawioną refleksji wegetację. Przemieniamy nasze życie w gonitwę na zatracenie. Robimy sobie trepanację czaszki i chcemy własny mózg zastąpić układem scalonym wielkości główki od szpilki. Zalewamy swoje serce kwasem, by działało, jak wieczny, bezawaryjny akumulator. Oczy chcemy zastąpić kamerami. Emocje chcemy wyrzucić na śmietnik. To się nam nie uda!
Nasz organizm stworzył doskonały „mechanizm obronny”. Może to dziwnie zabrzmi, ale stres prędzej nas wykończy, niż pozwoli na to, byśmy przestali być Ludźmi. Prawdopodobnie jeszcze dziwniej zabrzmi kolejne zdanie. Stres ma chronić nasze zdrowie, a nawet życie. To jest rzeczywisty powód istnienia stresu.
Nie przeczy to w żadnym razie wcześniejszej tezie, że sami go sobie stworzyliśmy i nadal stwarzamy. Wręcz przeciwnie, dodatkowo ją uzasadnia. Wiedzieliśmy dobrze, że wchodzimy na niebezpieczny grunt, chcąc traktować siebie jak nie czującą maszynę, jak cyborga. Wiedzieliśmy też, że możemy stracić kontrolę nad niebezpieczeństwem lub przyzwyczaić się i nie poczuć, że jest niebezpiecznie. Dlatego też wiedzieliśmy, że potrzebujemy wyznaczyć granicę wytrzymałości, próg bezpieczeństwa, a właściwie „pas przygraniczny”. To jest właśnie stres. Informuje nas, że zbliżamy się do niebezpiecznej, groźnej dla naszego życia przestrzeni. Jest tak „zaprogramowany”, by dać nam poczuć, że coś jest nie w porządku, zwłaszcza, gdy samym sobie nie możemy w tej sprawie ufać. Robi to, co jest jego zadaniem i robi to doskonale. Myślę, że każdy szczerze może się na to zgodzić. Trudno przeoczyć taką informację.
Tak, więc problem nie polega na tym, że odczuwamy stres. To dla nas zbawienne. Powinniśmy być wdzięczni. Problemem jest to, że nie wyciągamy wniosków i nie dokonujemy zmiany. Myślimy, że nam przejdzie. Niestety nie przejdzie. Stres jest zaprogramowany jedynie na wzrastanie. Nie odpuści. Ta machina sama się nie zatrzyma. Stwórca „włączył” i stwórca musi „wyłączyć”.
Dlaczego tak musi być? To proste. Nikt poza mną tak naprawdę nie wie, co mnie stresuje i nikt poza Tobą tak naprawdę nie wie, co stresuje Ciebie. Więc jak niby Ktoś miałby coś w tej sprawie zrobić. Jedyna osoba zdolna dokonać zmiany, to ja w sprawie mojego stresu i Ty w sprawie Twojego. To dobra wiadomość. Mamy wpływ. Z drugiej strony, jeśli sam czegoś nie zrobię w tej sprawie i Ty sam czegoś nie zrobisz, to nikt tego nie dokona za nas.
Jedno jest pewne.

Dopóki nie weźmiesz odpowiedzialności za swój stres,
jesteś wobec niego całkowicie bezradny.

Dopóki szukamy winnych na zewnątrz, dopóki robimy z siebie ofiarę nieprzychylnych ludzi i okoliczności, nasz stres będzie rósł. Trzeba samemu zadziałać. Trzeba wyjść z roli pokrzywdzonego (ofiary) i wziąć odpowiedzialność za swoje sprawy. Koniec zwalania na innych. Koniec użalania się nad sobą. To nic nie daje.
To jest trudność dla wielu ludzi. Wolą szukać winnych i nic nie zmieniać w sobie. Wolą mieć rację i „święty spokój”. Ironia losu polega na tym, że nie mają ani racji, ani „świętego spokoju”, a dodatkowo mają coraz więcej stresu. Moment przełomowy pojawia się wtedy, gdy przestaje człowiekowi zależeć na tym, by mieć rację, a zaczyna mu zależeć na tym, by być szczęśliwym. Staje się przed wyborem: umrzeć „na stres” lub żyć bez niego. Wtedy – to całkiem oczywiste – należy wybrać życie. Od tego się zaczyna. Następnym krokiem jest odpowiednie działanie.
Najpierw należy przeprowadzić diagnozę, w jaki sposób tworzę swój stres.

Jak wyglądało moje życie pięć lat temu?
Jak wygląda dziś moje życie?
Jakiego życia pragnę za pięć lat?
Jakie zmiany potrzebuję wprowadzić, by być zadowolonym człowiekiem?
Wnioski:…

Jakie są moje kluczowe wartości? (np.: uczciwość, rzetelność, miłość, wiarygodność, dobroć, radość, prawda, odpowiedzialność, itd.)
W jaki sposób dbam, by były realizowane?
Jeśli nie są szanowane (przeze mnie lub innych ludzi), jak zadbam by były?
Wnioski:…

Czego mam zaprzestać?
Czego mam robić mniej?
Czego mam robić więcej?
Co mam robić inaczej?
Co mam zacząć robić?
Jak to odnosi się do moich wartości?
Jak to się ma do mojego głównego celu, czyli misji mojego życia?
Wnioski:…

Co robię?
Po co robię to, co robię?
Jakie mam korzyści z takiego sposobu życia?
Jakie są koszty takiego sposobu życia?
Wnioski:…

Zadawaj sobie pytania i poszukuj odpowiedzi. Zapisuj wnioski. Zyskuj świadomość siebie. Zostaw na ten moment w spokoju swój stres. Nie bój się, nie zniknie tylko dlatego, że się nim nie zajmujesz. A jeśli nawet zniknie, to i tak nic wielkiego nie stracisz. Będzie Ci się nawet lepiej żyło bez niego.
Pogłębianie wiedzy na temat stresu może ewentualnie powiększyć stres, a to Ci nie pomoże. Widziałem kilku takich, którzy wiedzieli niesamowite rzeczy o stresie, ale mieli problem – bali się wyjść do sklepu, trzęsły im się strasznie ręce, bali się podjąć najprostszą decyzję i pocili się z byle powodu.
Trzeba pogłębiać wiedzę na temat swojej strategii stresowania się. Później wystarczy dokonać zmiany w tej strategii i przekształcić ją w strategię osiągania równowagi i szczęścia.
Dlatego, szanuj swoją energię. Będzie Ci potrzebna. Poznawaj siebie tak bardzo, jak to tylko możliwe. Poznawaj swoje strategie. W Tobie są wszystkie odpowiedzi. Znajdziesz wszelkie potrzebne informacje, by dokonać zmian.

Stres jest bezcenną informacją.
Pojawia się, gdy robisz coś nie tak, jak należy
lub,
gdy godzisz się na takie działania innych ludzi wobec Ciebie,
jakich w głębi siebie nie akceptujesz.

Powinniśmy być wdzięczni, że stres jest. Gdyby ludzie znaleźli sposób na całkowite nie odczuwanie stresu, doprowadziliby swoje życie do zupełnej ruiny. Powiem więcej, wcześniej czy później przestaliby istnieć. Bylibyśmy przeszłością, albo w ogóle by nas nie było. Więc bądźmy wdzięczni. Mamy szansę dokonać zmiany.

Gdy już zrozumiemy jak tworzymy swój stres przejdziemy do drugiego kroku, który po prostu polega na zaprzestaniu tworzenia go. Być może z perspektywy czasu powiemy, że wcale nie było łatwo. Niewątpliwie jednak powiemy również, że było warto. Tego jestem pewien.

Pamiętajmy, stres to informacja. To, że nie potrafimy odczytać informacji i dokonać odpowiednich wyborów lub odpowiednio zadziałać, nie jest winą stresu. To jedynie nasza ignorancja i brak szacunku dla samego siebie. Jeśli zadamy sobie pytania, odpowiedzi pojawią się same, a wraz z nimi rozwiązania.

Nie dajmy się zwieść sloganom. Nie jesteśmy bezradni. Mamy moc tworzenia, to mamy też moc przetwarzania – każdy ma.
Pomyśl, jak musimy być silni. Słabeusze nie daliby rady unieść tyle stresu. Wykorzystajmy tę siłę mądrze i w nowy sposób.

Jakie działania podejmę, by odmienić swoje życie?

Oto jedyny dobry kierunek. Wewnętrzny wgląd, przejęcie odpowiedzialności i własne działania.

Nie ma sensu zastanawiać się nad tym, co „powinno się zmienić” lub, co „powinni zmienić” inni ludzie, by mi było lepiej żyć. Wszelkie programy „walki ze stresem”, które kierują naszą uwagę na zewnątrz, z założenia będą mało nieskuteczne. Samo słowo „walka” zapowiada, co się będzie dalej działo.
Pokażmy to na bardzo ogólnym przykładzie biznesowym. W firmie „SERTS” ludzie są zestresowani nierealnie wysokimi planami. Zarząd i udziałowcy firmy są zestresowani, bo nie zanosi się, by plan był wykonany. Właściciel też ma swoje powody do odczuwania stresu. Zdiagnozowano, że chodzi o stres. Rozwiązanie jest oczywiste, wprowadza się program „walki ze stresem” pod nazwą „SERTS – Firma bez stresu”. Niestety, po wielu staraniach okazuje się, że wszystkiemu winna jest sytuacja na rynku. No i po problemie. Koniec programu. Nasz stres jest poza naszym zasięgiem. Nie możemy zmienić całej gospodarki.
Przez kilka miesięcy stresowano ludzi dodatkowo programem „walki ze stresem”, który polegał na szukaniu winnego i zaprzeczaniu, że się doświadcza tego, czego się doświadcza. Nie dość, że nie znaleziono rozwiązań, to plany się przecież nie zmieniły, czasu na ich zrealizowanie też nie przybyło, a duża część energii poszła w narzekanie na gospodarkę. Efektem jest ewentualnie jeszcze większy stres. Nie od tej strony należało się zająć. „Kolejność nadaje znaczenie.” To tak, jak z nazwą tej firmy (wspak).
Gdyby każdy, niezależnie od poziomu i funkcji w firmie zadał sobie pytanie „jak ja wytwarzam istniejący w moim życiu stres?” bardzo szybko znalazłyby się rozwiązania. Na początek wystarczyłoby poprosić każdego do udzielenia szczerej odpowiedzi na jedno pytanie, a po usłyszeniu odpowiedzi wystarczyłoby zrobić wszystko, co możliwe, by mu to zapewnić i koniec stresu w firmie SERTS.
To pytanie brzmi:

Po czym poznasz, że jesteś szanowany i ważny?

Gdyby wszyscy, wzięli sobie to do serca odpowiedzi i dokonali odpowiednich zmian w sobie, problem by zniknął. Mówiąc wszyscy mam na myśli każdą osobę figurującą na liście płac. Wartości każdego pracownika w firmie są tak samo ważne. Znów wracamy do Wartości. To oczywiste, ponieważ nie ma znaczenia czy zajmiemy się indywidualnym Człowiekiem, czy tym samym indywidualnym Człowiekiem w strukturze zwanej Firma. Tam, gdzie jest człowiek, tam wcześniej czy później pojawi się kwestia jego Wartości.
Coraz częściej w biznesie zmierza się do modelu zwanego „Zarządzanie Firmą przez Wartości”. Jest to bardzo mocna i sensowna idea, ponieważ jej najwyższą Wartością jest Człowiek i prawa naturalne, na których opiera się szczęśliwe życie. Ale o tym przy innej okazji.

Na ten moment powróćmy do tematu stresu. Przypominam, że jedyny dobry kierunek – sposób, by się nim konstruktywnie zająć polega na dokonywaniu wewnętrznego wglądu, przejęciu odpowiedzialności i na działaniu.
Skupmy się jedynie na własnych działaniach i na własnej odpowiedzialności.
Sami zadbajmy o swoje życie. Nikt tego za Nas nie dokona.

Jeżeli sam sobie nie pomogę,
nikt mi nie pomoże.

I jeszcze jedno.

Jak długo potrzebuję rezygnować ze szczęśliwego życia,
by zacząć szczęśliwie żyć?

(lub prościej)

Jak długo potrzebuję rezygnować ze szczęścia,
by być szczęśliwym?

Żyj szczęśliwie, chyba, że masz inne plany.
Piotr Pilipczuk


« poprzedni kursdo góry« poprzedni kursdrukujwyświetleń: 5644

-
top
  International Coaching Community Logo  
top
top
  EMCC European EQA Quality Award  
top
top
  Zapisz się na newsletter  
top
top
  Spotkanie trenerów ICC  
top
  
 bottom