Pogodzenie
Dochodzi 4 rano. Jest cicho, spokojnie, ptaki za oknem piękne snują pieśni, a krople deszczu stukają delikatnie o parapety.
Pogodzony z Całym moim Światem położyłem się, by odpocząć i …
i… nagle jedna, czysta, niezwykle powolna i spokojna myśl. Myśl o śmierci.
Ten spokój mnie ogarnął ze wszystkich stron, otulił mnie i pewnie był tak trwał, gdyby nie myśl o Życiu.
Pojawiła się zupełnie bezwiednie i nieoczekiwanie. Wraz z nią pojawił się niepokój.
Skupiłem się na moim napięciu i poszukiwałem wniosków. Wnioski oczywiście przyszły.
* * * * *
Nauczyliśmy się, że boimy się śmierci, ale to nie jest nasz prawdziwy lęk. To jedynie nasze „wygodne złudzenie”.
Nie boimy się, że umrzemy.
Boimy się, że nie zaczniemy żyć.
Wydaje nam się, że mamy coraz mniej czasu, ale to również złudzenie. Czas jest funkcją naszego umysłu. Widział ktoś czas? Wszystko jedno, przyjmijmy dla uproszczenia sprawy, że czas istnieje. Co robimy z naszym czasem? Ubolewamy, że tyle go już za nami, ubolewamy, że nie wiemy ile go jeszcze zostało i w związku z tym, nie wiemy czy warto właściwie zacząć żyć. W ten sposób znika następna bezpowrotna chwila. A my tak strasznie boimy się nadal śmierci i w bezruchu czekamy, aż wreszcie nadejdzie, by nas od tej męki uwolnić.
Duży błąd. Śmierć nie przychodzi do „nie – żywych”. A poza tym, jak można bać się czegoś, co jest wszechobecną codziennością? Powiem więcej. Mam wrażenie, że jesteśmy wręcz za bardzo ze śmiercią zaprzyjaźnieni. Zabijamy samych siebie w sobie tak skutecznie, że wcale bym się nie zdziwił, gdybyś czytając te słowa, miał wrażenie, że śnisz. Jednak, to nie jest sen. To się dzieje.
Można oczywiście rozróżniać, że śmierć fizyczna nie jest tym samym, co śmierć psychiczna, ale wielu ludzi nawet nie myśli o jakiejś tam psychice. Oni po prostu boją się śmierci i to wszystko! Są tak odrętwiali na samą myśl o śmierci, że „zastygają”. Jednak zastygają w myśli o lęku przed śmiercią, a nie w myśli o samej śmierci. Nie są w stanie pomyśleć o śmierci. Nie rozróżniają, czym jest śmierć, a czym umieranie, tak samo, jak nie rozróżniają, czym jest życie, a czym wegetacja lub sen o życiu.
Dla usprawiedliwienia własnego lęku wymyśliliśmy całe mnóstwo określeń typu „bezsensowna śmierć”, „śmierć na darmo” lub „śmierć nie w porę”. A wszystko tylko po to, by na siłę uwiarygodnić w sobie i dla siebie nierzeczywiste obawy. Oczywiście śmierć bezsensowna, na darmo i nie w porę również nie istnieje, ponieważ nie istnieje we Wszechświecie coś, co byłoby bezsensowne, na darmo i nie w porę. To, że my, z naszym ograniczonym widzeniem nie dostrzegamy owego sensu w danej chwili, nie znaczy nic ponad to, że my go nie dostrzegamy. Na pewno nie znaczy, że coś w ogóle jest bez sensu.
Podobnie jest ze stwierdzeniem „źle przeżyte życie”. Kto ma prawo to ocenić? „Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień.” (Jezus z Nazaretu)
Nasz lęk przed śmiercią jest lękiem przed wegetacją, cały czas z tymi samymi problemami. Wegetacją bez odkryć na temat siebie, bez przemian w sobie, bez dokonań. To oznacza, że się tkwiło w uśpieniu i nie odkryło niczego o życiu. Oznacza, że nigdy nie zaczęło się nawet żyć. To tak, jakby ktoś zawsze był martwy i dodatkowo bał się, że umrze.
Łapanie powietrza, nie jest tym samym, co oddychanie.
Gdy ktoś zasłania swoim ciałem innego człowieka przed kulą nie lęka się śmierci, w ogóle o niej nie myśli, myśli o życiu, które ma wartość.
Gdy ktoś skacze do wody lub w ogień, by kogoś potrzebującego pomocy ratować, udowadnia, że żyje. I nawet, jeżeli wcześniej bał się śmierci, to jest mało prawdopodobne, żeby po takim zdarzeniu bał się jej nadal. Bałby się, gdyby tego nie zrobił. A właściwie bałby się nie tyle śmierci, co tego, że już umarł, że już jest martwy, skoro nie skoczył na ratunek.
Gdy ktoś oddaje swoją ostatnią kromkę chleba lub dzieli się ostatnim łykiem wody, nie zastanawia się nad własną śmiercią – ratuje życie.
Gdy ktoś oddaje swoją krew…. Cóż wtedy znaczy śmierć? Jest jedynie odległym, pustym i nic nieznaczącym słowem.
Marzymy wciąż o pięknym życiu, a co robimy, by było piękne? No tak…, boimy się śmierci, więc nic nie robimy. Niestety, to nie jest dobre wyjście. Z drugiej strony, gdy robimy zbyt wiele, to też boimy się śmierci, tyle, że powód jest inny.
A to takie proste.
Życie trwa nieprzerwanie, ponieważ jest wieczne.
Powiedzenie, że życie jest cudowne, to stanowczo za mało i nie wyraża w pełni najważniejszej prawdy.
Życie jest Cudem samo w sobie. Niekończącym się, stale zaskakującym i nieprzerwanym od samego początku cudem. ŻYCIE JEST. To jest sedno i podstawa wszystkiego, początek i koniec, pełnia.
Stykamy się z wielką Tajemnicą. Tak wielką, że czasem nas to przeraża i boimy się w nią wejść. Ale jednocześnie pragniemy tego ponad wszystko. Stąd w nas napięcie. W jednym „punkcie” spotykają się nacisk i opór. Stąd nasze pomieszanie i nasz lęk. Ten lęk nie polega na tym, że umrzemy lub umrzemy za wcześnie, lecz na tym, że możemy umrzeć, zanim zaczniemy naprawdę Żyć, zanim włączymy się w ten odwieczny „nurt tańca”. Nawet, jeżeli nasz umysł nie potrafi wyrazić tego w słowach, nawet, jeżeli nie jest w stanie tego ogarnąć, nasza Dusza wie to od zawsze.
„Tu i Teraz” nie chodzi o to, by zaprzeczyć śmierci. Nie da się tego zrobić. Ciało umiera. Chodzi o to, by zrozumieć i przyjąć, że
śmierć jest jednym z elementów piękna życia. Bez śmierci nie byłoby życia, a bez życia nie byłoby śmierci.
Śmierć nadaje sens Życiu, a życie nadaje sens śmierci.
To dwa końce tego samego „kija”. To jedno i to samo. Jeżeli wyobrazisz sobie, że ten „kij” z jednej strony ma grubość twojego palca, a z drugiej strony grubość twojego uda, to zależnie od tego, z której strony na niego spojrzysz, możesz powiedzieć, że jest gruby lub cienki. Ale to nie zmienia faktu, że jest to nadal ten sam „kij”. Może jest zbyt „długi” i dlatego trudno Ci to spostrzec. Życie i śmierć współistnieją. Są tak samo cenne i naturalne, są nierozłączne. Skoro to wiemy, to, czego się boimy?
Nasze ciało umrze, ale my nie jesteśmy naszym ciałem. Nie jesteś ręką lub uchem. Masz mózg, ale nie jesteś mózgiem. Nasze utożsamienie z ciałem jest ogromne. To powoduje, że
uwierzyliśmy we własną śmierć, mając jedynie nasze ciała na myśli. Jednak, to, co Ty i ja określamy mianem „ja” nie umrze wraz z ciałem. Jest wieczne. Więc „ja” nie umrze. Wydawałoby się, że w tej sekundzie cały lęk przed śmiercią powinien zniknąć.
Czy tak się stało?
Prawdopodobnie nie dla każdego. I tu znów wracamy do tego, co już było. Chodzi o życie, o Wieczne Życie. Tego się boimy. Nie momentu przejścia, czyli śmierci, ale tego, że później będzie tak samo, jak jest teraz. Niestety mamy rację, będzie tak, jak jest teraz. W tym kontekście nadzieja, że jakiś Bóg nas uratuje, jest tylko nadzieją i potwierdza jedynie, że nic nie rozumiemy. Bóg nas ratuje wciąż. Wciąż stwarza nam szansę. Zawsze jest z nami, ponieważ Bóg jest w nas. Otrzymaliśmy dar życia, i bynajmniej nie po to, by je przeczekać, przetrwać, przecierpieć, przespać.
Życie jest najlepszą, a może nawet jedyną szansą, jaką mamy,
by się przebudzić i wyzwolić,
by wrócić do jedności z samym sobą, z własną Duszą,
a dzięki temu do jedności z Życiem, z Bogiem, z wiecznością.
Otrzymaliśmy biblijny „talent” od łaskawego Pana. I co z nim czynimy? Zakopujemy go w ziemi i nie pomnażamy. Jakiej nagrody możemy oczekiwać za taką bierność? Żadnej. Kary też nie musimy się bać. Pan jest zbyt łaskawy, by nas karać. Jest Miłością. Nic nam nie uczyni. Ostateczną i jedyną karą może być jedynie to, że zostaniemy z tym, co mamy – na wieczność. Jednak sami ją sobie wymierzamy. Robimy to już teraz, a nie po śmierci.
Żyjąc Tu i Teraz stwarzamy sobie albo piekło, albo niebo,
a w chwili śmierci staje się to po prostu faktem.
Umierając jedynie to „pieczętujemy”.
Myślimy, że posiadamy życie. Słowo „posiadamy” jest w tym stwierdzeniu kluczowe. Wierzymy, że jeśli można posiadać, to można również stracić. I już mamy następny poziom niby lęku, przed niby śmiercią.
Co oznacza, że posiadamy i co oznacza, że możemy stracić? To czysta abstrakcja, tak samo, jak lęk jest czystą abstrakcją – nie wyłączając jakiegokolwiek lęku.
Kiedyż wreszcie zauważymy, że rzeczy, wszystkie rzeczy pojawiają się
w parach. Podkreślam to, bo dla Wszechświata są to uzupełniające się wzajemnie pary, tworzące jedną całość, dwa aspekty Jedni. Natomiast my - ludzie postrzegamy owe pary, jako przeciwieństwa. Śmierć i życie, ból i przyjemność, zło i dobro, piekło i niebo, krótkie i długie, brzydkie i piękne – ta lista nie ma końca, bo koniec pojawia się wraz z początkiem. To wszechobecne i najbardziej oczywiste z praw działających we Wszechświecie. Ale my ludzie chcemy je przekroczyć. Chcemy stworzyć dwa światy, a jest Jeden Świat.
To naprawdę daremny trud. Jedyne, co jest sens zrobić, to przyjąć mądrość większą niż nasza. Dzięki niej Świat istnieje dłużej niż my i dzięki niej jest w nim miejsce dla nas i innych stworzeń. Jest to przynajmniej brakiem pokory z naszej strony, że chcemy udowodnić, iż jesteśmy mądrzejsi od Mądrości, która stworzyła wszystko, łącznie z nami. Ta Mądrość JEST WIECZNA, a my nie wiemy nawet, co zrobić z tą krótką chwilką, w której żyjemy.
Spójrzmy krytycznie na swoje życie. Niewiele rzeczy dobrze w nim działa, ale pomysłów na ulepszanie Wszechświata mamy niezliczone ilości. Wszechświat działa po stokroć mądrzej i inteligentniej, niż my. Działa bez wysiłku, bez nacisku, bez oporu, bez lęku i przepełniony Miłością. Wszechświat nie wartościuje, niczemu nie zaprzecza.
Wszechświat ŻYJE w przemianie, a my chcemy tę przemianę powstrzymać, chcemy unieruchomić Wszechświat. Pozostawię bez komentarza.
To tak, jakbyśmy chcieli łyżką stołową zawrócić bieg wielkiej Rzeki. To tak, jakbyśmy chuchnięciem chcieli osuszyć Ocean. To tak, jakbyśmy stawiając płot na swoim podwórku, chcieli powstrzymać Wiatr. To tak, jakbyśmy trzymając parasol nad głową, chcieli powstrzymać spadający deszcz.
Możemy zmienić kolejność kartek w kalendarzu, ale to nie zmieni faktu, że wiosna wyłoni się z zimy, a nie na odwrót. To doskonały i wieczny porządek. Jesteśmy częścią wielkiego, kosmicznego i mądrego procesu. Nie jesteśmy jego twórcami, co najwyżej współtwórcami – przez krótkie mgnienie oka. Jesteśmy jego uczestnikami, a zachowujemy się jak właściciele.
To wynik naszej ignorancji, naszej niemocy i naszego bardzo ograniczonego wglądu. Nie rozumiemy, ale zamiast zrozumieć, chcemy zmienić. Teoretycznie oddaliliśmy się od lęku przed śmiercią, ale to pozory. To, o czym mówimy w tej chwili, ma bardzo wiele wspólnego z naszym lękiem. Im mniej rozumiemy na tym poziomie, tym więcej w nas lęku. I bardzo prawdopodobne, że jest to źródło wszystkich naszych lęków, jakkolwiek je nazwiemy lub na jakimkolwiek poziomie się objawią i czegokolwiek dotyczą. I jest to dość łatwo wyjaśnić, ponieważ
lęk nie dotyczy czegoś, lęk dotyczy Kogoś. W tym wypadku dotyczy nas samych.
Podsumujmy.
Dopóki nie włączymy się w nurt Życia,
dopóki nie zrozumiemy i nie przyjmiemy praw Wszechświata,
dopóty będziemy się lękać.
Lęk informuje nas, że właśnie stoimy w opozycji do Życia, że odwróciliśmy się do niego (życia) plecami, że wybraliśmy śmierć.
Nie tyle informuje nas o tym, że idziemy w złym kierunku, co o tym, że w ogóle nie idziemy. To nie prawda, że wtedy mozolnie coś pchamy do przodu, to Wszechświat lekki jak piórko zwala się na nas, byśmy zgięli kolana, byśmy mogli przejrzeć, pojąć i przebudzić się. To nie jest chwila, w której Bóg nas opuścił, to czas, w którym Bóg czyni dla nas cuda. Prosimy, by nam pomógł, więc nam pomaga. Czy naprawdę jesteśmy tak ograniczeni, tak głupi, że tego nie dostrzegamy?
Cytowałem to zdanie wiele razy i znów je zacytuję.
„To, co się nam przydarza,
przede wszystkim przydarza się dla nas.”
Lęk przed śmiercią jest informacją,
zaproszeniem do tego,
byśmy zaczęli przeżywać swoje życie w pełni.
Spełnia rolę impulsu do głębszego wglądu w siebie oraz do odzyskania wolności, radości i szczęścia. Gdy „wejdziemy” w lęk, zamiast mu zaprzeczać i uciekać przed nim, „pod spodem”, „pod lękiem” odkryjemy Miłość. Tam właśnie „jest ukryta”. Dopiero wtedy, naprawdę zaczniemy czuć.
Odczuwanie lęku nie jest żadnym czuciem. Odczuwanie lęku jest w rzeczywistości całkowitym brakiem odczuwania. To iluzja, której celem jest nie dopuścić do czucia czegokolwiek. To jedynie reakcja obronna, to stan napięcia, to opór przed odczuwaniem, to ucieczka od prawdziwego życia w świat fantazji. Uzależnia nas tak bardzo, że nawet nie chcemy spróbować Żyć. Uzależnia nas tak silnie, że mamy kłopot, by uwierzyć, że to jedynie nasza iluzja.
„Odczuwam lęk przed śmiercią” oznacza, że nie wiem, co odczuwam, oznacza, że właśnie nie odczuwam niczego. Oznacza, że uciekłem od czucia. Oznacza, że nie wiem, czego to dotyczy. Nie wiem, co się we mnie dzieje. Oznacza, że jestem od siebie „odcięty”.
„Odczuwam lęk przed śmiercią” jest równoznaczne z „nie żyję”, ponieważ Żyję oznacza jestem Jednością, jestem Świadomością, jestem Miłością. Odczuwanie lęku jest równoznaczne z wewnętrznym podzieleniem i konfliktem, z nieświadomością i odłączeniem od Miłości.
„Odczuwam lęk przed śmiercią” jest wyizolowaniem się z Życia Wszechświata. Jest zaprzeczaniem jego odwiecznym prawom. Jest wreszcie niezgodą na odwieczny porządek, który jest Życiem i dzięki któremu istniejemy.
„Odczuwam lęk przed śmiercią” jest po prostu dobrowolną rezygnacją z Życia.
Dość nieoczekiwanie pojawił się jeszcze jeden aspekt. Prawdopodobnie będzie to zaskakujące po całym wcześniejszym wywodzie, ale istnieje jedno sensowne wyjaśnienie faktu, że ktoś przeżywa lęk przed śmiercią. Mam wrażenie, że to jedyny poziom, na którym lęk przed śmiercią może być w jakimś sensie uzasadniony. Mogę się oczywiście mylić.
Przejdźmy od razu do sedna sprawy. Otóż może mieć miejsce następująca sytuacja. Człowiek ma dość dużą samoświadomość. Przeżył wiele, odczytał nauki, sprecyzował wnioski z tych nauk, a nawet je zwerbalizował, ale na tym poprzestał i nie zadziałał w zgodzie ze swoją wiedzą. Czyli wie, co, jak i dlaczego powinien uczynić, ale tego nie czyni. Zdaje sobie sprawę, że nie może powiedzieć: „nie miałem świadomości”, ponieważ wie, że posiada wystarczająco dużą. Bardzo trudna sytuacja. Konflikt wewnętrzny tego rodzaju jest ogromnie kosztowny emocjonalnie. Nie da się zaprzeczyć prawdzie, którą się zna, a nawet, gdy się to robi, jednocześnie ma się świadomość, że się zaprzecza prawdzie.
Taki człowiek nie potrafi znaleźć dla siebie usprawiedliwienia, w które mógłby naprawdę uwierzyć. Wtedy „wyprzedza czas” i zadaje sobie pytanie: „co ja bym zrobił, gdybym dziś umarł?” Jak spojrzałbym sobie w oczy? Jak wybaczyłbym sobie własną słabość i głupotę?
To bardzo specyficzna i niewygodna sytuacja. Lęk pojawia się jako wynik świadomości prawdy w połączeniu z niechęcią jej przyjęcia. To owocuje oporem na zmianę, a w najlepszym razie „zmianą chwilową”. Nasila się autodestrukcja. Brak logicznych uzasadnień, brak możliwych do przyjęcia wyjaśnień. Niemoc wzrasta wprost proporcjonalnie do wysiłku wkładanego w powrót do nieświadomości. Niestety
świadomość nie znika, świadomość się wciąż poszerza.
Zupełnie czym innym jest niemożność dotarcia do prawdy, a w związku z tym niemożność jej przyjęcia i brak zmiany życia z powodu „braku danych”. Niemożliwość i niechęć, to dwie całkowicie odmienne rzeczywistości. Niechęć ma „bliźniaczą siostrę” – to „świadoma autodestrukcja”. Jej działanie objawia się poprzez myśli typu: „Marnuję tylko cenny tlen. Nie zasługuję na życie. Jestem taki bezwartościowy. Wielu ludzi na moim miejscu…, a ja, co?”
„Odczuwam lęk przed śmiercią” oznacza, że znam prawdę o swoim życiu, lecz jej zaprzeczam. Wiem, co mogę zmienić, ale tego nie zmieniam. Mam dostęp do świadomości, ale z niego nie korzystam. Wiem jak żyć, ale nie żyję w ten sposób.
Zadałem sobie powtórnie pytanie: „Piotr, boisz się śmierci, czy nie?”
Doszedłem do wniosku, że jednak nie. Czuję respekt i szacunek dla tajemnicy śmierci, ale nie lęk. Pomyślałem, że może to po prostu wynik cwaniactwa lub braku pokory? Ale to również wykluczam, ponieważ pamiętam czas, gdy się bardzo bałem. Nie ma powodu zaprzeczać.
Niemniej, pamiętam też chwile, w których modliłem się o śmierć. Myślę, że każdemu to się czasem zdarza. Jeżeli nawet przyjmę, że postrzegałem wtedy śmierć jako wybawienie, to trudno mi przyjąć, że tak tchórzliwy człowiek, jak ja, widział wybawienie w czymś, czego się boi. Mam raczej wrażenie, że pragnąłem tego tak, jak pragnie się ukojenia. Pragnąłem też poznania Całkowitej i Pełnej Prawdy. Poza tym, nie umiałem sobie nawet wyobrazić swojej śmierci, więc, jak mogłem się jej bać.
Zdaję sobie sprawę, że piszę te słowa dziś. Wiele rzeczy widzę zupełnie inaczej niż choćby rok temu. Rok temu wielu rzeczy w ogóle nie wiedziałem. Dlatego przyjąłem założenie, że mój lęk był prawdziwy i zadałem sobie pytanie: „Dlaczego i czego się bałem?”
Odpowiedziałem sobie obficie, odkryłem wiele powodów, ale wśród nich nie znalazłem ani jednego, który dotyczyłby mojej śmierci. Dotyczyły wielu ważnych dla mnie osób, wielu rzeczy i wielu spraw. Pomyślałem o mojej Ukochanej Ani, o moich Dzieciach, o moich Rodzicach, o różnych nie zakończonych sprawach, o niespełnionych obietnicach, o zaniechanych celach, o zaprzepaszczonych szansach, o wielu decyzjach, o nie naprawionych błędach, itd., itd.
Zdałem sobie sprawę, że bałem się wielu rzeczy, ale nie samej śmierci.
Odkryłem coś jeszcze.
Modliłem się o „śmierć” i moje modlitwy zostały wysłuchane. Jeżeli przyjmiemy, że śmierć jest po prostu częścią odwiecznego, nieuniknionego i stałego procesu przemiany, to można powiedzieć, że przeżyłem swój „pogrzeb” tyle razy, ile razy przeżyłem swoją przemianę. Nie było trumny, więc niektórzy nie zauważyli, ale ja zauważyłem.
Śmierć dotyczy każdego z nas w ten sam sposób, a pomimo tego, tak trudno zauważyć jej dostojną i mądrą wszechobecność. W takim wymiarze śmierć jest naszym codziennym doświadczeniem. Nieustannie przestajemy i zaczynamy istnieć na nowo.
Z biologicznego punktu widzenia jest identycznie. Dziś nie istnieje w moim ciele ani jedna komórka, która miałaby więcej niż rok. Piotr Pilipczuk sprzed roku nie istnieje. Trudno to spostrzec, ponieważ powierzchowność została zachowana, niemniej to fakt. Przemiana – śmierć i odrodzenie – to nasza codzienność. Może to dziwacznie zabrzmi, ale gdyby nie śmierć, dawno przestalibyśmy istnieć.
Nie tylko to akceptujemy, ale sami pomagamy temu procesowi. Pomyśl ile razy w ciągu minionego roku ścinałeś swoje włosy lub paznokcie, ile razy użyłeś pumeksu lub gąbki, by zmyć zużyty naskórek. Jeśli coś jest zbędne, zwyczajnie to zostawiamy. Spełniło swoją rolę, więc może odejść. Jest to dla nas tak oczywiste i naturalne do tego stopnia, że nie spostrzegamy namacalnych przejawów śmierci.
Pewnego dnia rozstaniemy się całkowicie z naszym ciałem. Gdy spełni swoją rolę, „zostawimy je”. To zupełnie naturalne.
Uwierzyliśmy, że śmierć jest straszna, że boli, ale to bzdura.
Śmierć nie boli, boli opór przed śmiercią.
Ćwiczymy ten mechanizm nieprzerwanie na wiele sposobów. Przypomnij sobie jakąś sytuację, w której odczuwałeś lęk. Czyż nie jest tak, że zniknął w chwili, gdy go przyjąłeś? To moment swoistego rodzaju pogodzenia. Nie mam na myśli, że zgodziłeś się na lęk w sensie odpuściłeś, mam na myśli, że pogodziłeś się z lękiem, w sensie, że potraktowałeś go jak Przyjaciela i otoczyłeś Miłością.
Podobnie jest z bólem. W chwili pogodzenia ból znika. Prawdopodobnie nadal odczuwasz „kłującą energię w zębie”, ale już nie nazywasz jej bólem, a jedynie traktujesz, jak informację: „zadbaj o swoje zdrowie”. Taka mała różnica, a czyni tak wielką różnicę. Dopóki zaprzeczasz bólowi, stawiasz mu opór, a wtedy naciska jeszcze bardziej. Tak to działa i nie staraj się nawet tego zmienić – nie da się. Poza tym nacisk jest oporem, tyle, że w przebraniu. Naciskasz, gdy nie masz zgody na przyjęcie czegoś, gdy opierasz się czemuś i chcesz to przekształcić w coś innego.
Jeżeli uważasz, że to wszystko jest całkowicie nierealne, a Ty jesteś stuprocentowym realistą, to mam dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę – trochę „na boku”.
Pewnie zwróciłeś uwagę na fakt, że wiele biznesów kręci się dzięki ludzkiemu lękowi przed śmiercią. Oczywiście zdajesz sobie sprawę ile kupujemy kremów, ile leków, bezpieczniejszych samochodów, systemów alarmowych, polis ubezpieczeniowych, zdrowej żywności. Miliony rzeczy, by mniej się lękać lub raczej mniej myśleć o lęku. Ogromne machiny działają nie dzięki naszym pieniądzom, ale przede wszystkim dzięki naszemu lękowi, takiemu czy innemu. Polityka, przemysł, handel, rozrywka, sekty, a nawet niektóre religie. Podsyca się w nas lęk i jednocześnie wymyśla sposoby, byśmy go nie odczuwali. Doskonały pomysł na dobrobyt. Może tymi sprawami zajmiemy się przy innej okazji.
Na lęk przed śmiercią można spojrzeć na wielu różnych poziomach świadomości i na wiele sposobów. Żaden nie jest bardziej trafny lub bardziej błędny, lepszy lub gorszy, prawdziwy lub nieprawdziwy lub jakikolwiek inny, niż Inny, niż uzupełniający, niż współistniejący jako część nieograniczonej, nieogarnionej całości.
Na poziomie fizycznego ciała niewątpliwie znajdę nowy aspekt lęku, na poziomie emocji nowy, na poziomie umysłu jeszcze inny, nawet na poziomie duszy i będzie tak dopóty, dopóki nie zrezygnuję z utożsamiania się, dopóki nie zrezygnuję z przywiązania, dopóki nie zrezygnuję z oddzielenia, dopóki nie ujrzę wszystkiego takim, jakie jest, dopóki się definitywnie nie przebudzę i nie zauważę, że wieczność jest jedynie w Teraz. Jest wokół mnie niczym nie skrępowana i nieograniczona.
Nie ma znaczenia, czy napisałem rzeczy ważne czy błahe. Nie ma znaczenia, czy zgodzisz się ze mną czy nie. Nie ma znaczenia, czy sam się z sobą zgodzę za chwilę, czy popłynę w nowy poziom lub nowy aspekt lub nowy aspekt nowego poziomu. To wszystko nic nie znaczy przy doświadczeniu, które się dzieje w Teraz. To jest sedno sprawy.
„Więcej dokonać” jest mniej ważne niż „bardziej być”.
Śmierć jest nie tylko nierozdzielna od życia, śmierć jest dobrodziejstwem dla życia. Pomyśl, co by się działo, jak wyglądałoby życie, gdyby nie świadomość śmierci.
Zupełnie nieświadomie przyjąłem założenie, że lęk przed śmiercią jest zły lub nierealny, ale to nie jest ani trafne, ani prawdziwe, ani nawet słuszne założenie. Jeśli się pojawia, znaczy, że ma spełnić jakąś rolę. Być może zmotywuje do zadumy nad życiem, a może zmotywuje do Życia.
Nacisk, by lęk zniknął jest tym samym, co opór przed lekiem. Jedno i drugie nic nie daje, poza utratą energii. Natomiast pod wpływem owego lęku może zacząć się coś istotnego, może rozpocząć się podróż ku Pogodzeniu.
Podobnie jest z rozwojem. Niczego byśmy nie zmieniali, nie rozwijalibyśmy się w ogóle, gdybyśmy nie przeżywali niezadowolenia, nieszczęścia, cierpienia. To początek rozwoju i zmiany. W tym aspekcie cierpienie jest dla nas dobrodziejstwem.
Można ciągnąć te rozważania w przysłowiową nieskończoność.
Wyobraź sobie, że jesteś swoim paznokciem lub włosem, rośniesz i ciągle się boisz, że cię „obetną” – mówiąc inaczej przeżywasz lęk przed śmiercią. Teraz zauważ, że jako paznokieć lub włos przeżywasz lęk, ale jako człowiek, właściciel tego paznokcia lub włosa, owego lęku nie odczuwasz. Upraszczając, odczuwamy lęk przed śmiercią jako część, ale nie jako Całość. Paznokieć nie może przyjąć perspektywy całego organizmu. Z perspektywy Organizmu paznokieć wciąż żyje i to wciąż na nowo, ale z perspektywy paznokcia, paznokieć właśnie umiera – przynajmniej w jakiejś części. Zostawmy to, ponieważ jest to tylko otoczka dla tego, co ważne. Analogia jest dość oczywista.
Jeżeli utożsamiasz się ze swoim Organizmem jako częścią Wszechświata, odczuwasz lęk przed śmiercią, natomiast, jeżeli wtopisz się, „staniesz się” Wszechświatem – lęk zniknie. Precyzyjniej rzecz ujmując, lęk nawet nie może zniknąć, ponieważ on nie istnieje i nigdy nie istniał. Fikcja pryska, jak bańka mydlana, rozprasza się jak mgła, a spod niej wyłania się Jedyne, co istnieje – Wiecznie Żywy Wszechświat.
Istotne jest nie to, czy lęk istnieje czy też nie.
Istotne jest, co z tego wynika.
Pamiętasz, jeżeli coś spełniło swoją rolę, znika, jako niepotrzebne. W związku z tym, jeżeli lęk przed śmiercią spełni swoją rolę, gdy doświadczysz stanu Pogodzenia, nie odnajdziesz lęku. Jeżeli ma spowodować, byś spojrzał na swoje życie i zrozumiał jego głęboki sens, zrób to. Wtedy lęk zniknie, a Ty będziesz się cieszyć wolnością. Zajmowanie się lękiem nie spowoduje jego zniknięcia, co najwyżej jego nasilanie się.
Lęk nie pojawia się po to, by się jemu przyglądać,
ale po to, by dać nam informację,
że nie przyglądamy się temu, czemu należy się przyjrzeć.
Lęk przed śmiercią wskazuje nam kierunek, ale sam w sobie kierunkiem nie jest, tak, jak wskazuje nam drogę, ale sam w sobie drogą nie jest.
Jeżeli szukasz nieśmiertelności wejdź głębiej w siebie, czyli wznieś się ponad swoje ciało. Faktu śmiertelności ciała nie zdołasz zmienić. Wykorzystaj czas, w którym masz ciało, zamiast bać się czasu, gdy mieć go nie będziesz i odkrywaj tajemnice Życia.
Jeżeli odczuwasz lęk przed nicością, spójrz, co się za nim ukrywa. Tym się zajmij. Utrzymujesz swoje lęki właśnie po to, by odnaleźć to, co ukryte. Nie daj się unieruchomić owemu lękowi, nie pozwól się sparaliżować, ponieważ jest to najgorsze z tego, co może się wydarzyć. Pamiętaj, że „zastygając” w lęku rezygnujesz z Życia.
Mówiąc o śmierci nie można pominąć pojęcia czasu. Właściwie, to nie można w ogóle mówić o śmierci pomijając czas, ponieważ to właśnie czas jest źródłem lęku przed śmiercią lub dokładniej mówiąc lęku przed nicością. Chyba nie podejmę się w tej chwili tego tematu, tym bardziej, że napisałem dopiero dwa zdania, a już ograniczony język spłatał mi figla. Czas nie istnieje, więc jak może coś stwarzać? To my stwarzamy sami sobie złudzenie czasu, a więc i problemy, wiele problemów i na wielu poziomach. Chcemy złagodzić własny urojony lęk przed nicością, a wychodzi z tego, coś zupełnie odwrotnego.
Zaczynamy uciekać w przeszłość lub w przyszłość, natomiast możemy być jedynie w teraźniejszości, a jeśli Tu i Teraz nas nie ma, to nie ma nas nigdzie.
Możemy przypomnieć sobie sytuację sprzed dwudziestu lat, gdy trzymaliśmy swoje dziecko na kolanach, możemy przywołać obraz, ale nie możemy teraz uścisnąć jego dłoni w tamtej sytuacji. Podobnie siedząc w fotelu na dziesiątym piętrze w bloku, możemy wyobrazić sobie własny dom za dziesięć lat, ale i tak nie możemy teraz do niego po prostu wejść. Teraz jesteśmy na dziesiątym piętrze w bloku i koniec.
Wracamy do przeszłości, żeby nie odczuwać, że zbliżamy się wciąż do śmierci. Traktujemy to, jak zapewnienie, że skoro byliśmy rok temu, to będziemy też za rok. Stwarzamy sobie wyobrażenie przyszłości, by „odsunąć” śmierć, bo po niej nie umiemy sobie niczego wyobrazić. Ale w naszym wyobrażeniu pomijamy własną śmierć, to oczywiste. Ostatecznie, właśnie to jest celem.
Gdybyśmy potrafili przyjąć życie bez przyszłości,
natychmiast bylibyśmy szczęśliwi.
W każdym wdechu wchłanialibyśmy życie w całej pełni,
zamiast bać się wciąż ostatniego wydechu.
Czas to wielki, rozległy temat, pełen różnorodnych powiązań i nieoczekiwanych wniosków. Będzie jeszcze wiele okazji.
Przyjdzie kiedyś odpowiednie Tu i Teraz, by się tym zająć, tak jak przyjdzie kiedyś odpowiednie Tu i Teraz, by przeżyć śmierć. To jeszcze nie jest ta chwila. W tej chwili, w Tu i Teraz zróbmy wszystko, by przeżywać życie.
Zadałem sobie „temat rzekę”, ale nagle i niespodziewanie…
Brak mi słów. Mój umysł konfrontuje się z Pustką. Nie może jej ani ogarnąć, ani zrozumieć, ale też z nią nie walczy. Oniemiał, jakby spotkał dawno zapomnianą, Umiłowaną Matkę.
Jednocześnie moje Serce jest dziwnie spokojne, bezpieczne i ukojone, jak dziecko w ramionach Zawsze Kochającego Ojca.
Dusza lekka w cichej zadumie.
Czuję się…
JESTEM
Pogodzeniem…
Piotr Pilipczuk