Pętla
Zagubieni w pętlach, powielamy wciąż te same scenariusze, bez końca, bez początku, bez końca. Chcemy przetrwać, ale jedyne, co wciąż trwa, co udaje nam się uchronić przed zagładą to nasze wzorce. Jesteśmy zapętleni tak bardzo, że nawet tego nie dostrzegamy. Przemijamy. Przemierzamy te same labirynty po raz kolejny poszukując tej chwili, w której to od nas zależy, komu oddamy swoją wolę i swoje serce. Czujemy tę odrobinę dobra, która gdzieś w nas drzemie i wiemy, że właśnie dla niej warto.
Tak bardzo tęsknimy za własną Mocą.
Niestety, sami zasypaliśmy ją – Moc, własnymi stertami śmieci i jedyną oznaką, że jeszcze istnieje, jest udowadnianie sobie, że możemy się z pod nich wygrzebać. Jednak jest to dowód mocy, a nie Mocy. Prawdziwa Moc jest głębiej, jest czymś więcej. Moc jest siłą życia. Moc jest życiem.
Ta moc (przez małe „m”)
nie ma w sobie Mocy! Nie widzimy tego, bo oczy mamy zamglone. Gdybyśmy przejrzeli, natychmiast stałoby się dla nas jasne, że to jedynie ucieczka. Być może owa moc (przez małe „m”)
nakazuje nam wstawać wciąż i wciąż, ale wstajemy dzięki Mocy (przez duże „M”).
Niestety, mylimy te dwa, odmienne rodzaje mocy. Moc (przez małe „m”)
pisana na początku zdania sprytnie podszywa się pod Moc, która zawsze jest pisana dużą literą. Lecz to jedynie podstęp.
Prawdziwa Moc nie tworzy śmieci, spod których później musimy się wydobywać. Jest czysta i wielka, delikatna i sprawcza. Jest Zbawcza. Nie podlega ograniczeniom, lękom, ludzkiej słabości, ani jej wytworom. Tworzy Piękno. Moc ma Moc wyrwać nas z lęku.
To niesamowite, że właśnie wtedy, gdy znika moc – domena ludzi, pojawia się Moc – pierwotna domena Wszechświata. To, co wydaje się być końcem, okazuje się początkiem.
To chwila, gdy wyrywamy się z pętli tworzonych przez umysł i włączamy się w nurt Ducha. Wyrwać się z pętli – oto jeden z naszych celów.
Szukanie Boga? Nie trzeba Go szukać, jest bliżej nas, niż my sami.
To nie Bóg się zagubił, to my się zagubiliśmy. Najlepsze, co możemy uczynić, to siebie odnaleźć.
To nie Bóg stracił nas z oczu, to my straciliśmy siebie z oczu. Czas przejrzeć.
To nie Bóg nas opuścił. On jest jedynym, Który pozostał i JEST. To my siebie opuściliśmy. Czas wracać. Czas wracać do Siebie.
W rzeczywistości jedynym, co nam przeszkadza odnaleźć siebie są stwarzane przez nas samych pętle. Nasze nawyki, nasze przyzwyczajenia, nasze przywiązania, nasze zaprzeczenia, nasze wyobrażenia pełne lęków, nasze działania, nasze myśli – nasze pętle – czymkolwiek są.
Pętla jest powtarzającą się sekwencją „elementów”. Nie ma znaczenia, czy są to zdarzenia, działania czy myśli. Ważne, że rozpoczynają się w tym samym punkcie i następując po sobie w ten sam sposób doprowadzając do takiego samego „końca”. „Końca”, który jest znów początkiem.
Mogłoby się wydawać, lecz jest to złudzenie, że pętle nie mają ani początku, ani końca. Tak nie jest! Mają! Tyle, że nie jest to jeden i ten sam dla wszystkich początek i koniec. Każdy z nas ma swój i każda pętla również.
Początkiem – końcem pętli jest centralny punkt słabości. Każdy człowiek ma taki punkt. Nie ma znaczenia, na jakim poziomie rozwoju człowiek się znajduje – ma punkt słabości. Ciągły rozwój jest ciągłym przekraczaniem owego punktu. Jedyne, co się zmienia, to sposób, w jaki się owa słabość objawia. Między innymi, dlatego rozwój nie jest sielanką. To droga pełna trudu, wysiłku, wzlotów, upadków, decyzji. Droga poprzez pętle.
Teoretycznie łatwe jest ich znalezienie. Jeżeli chcemy czegoś dokonać i wciąż dochodzimy do tego samego „progu niemożności”, może to oznaczać, że tkwimy w pętli.
Problemem może być wyodrębnienie konkretnej (pojedynczej) pętli, ponieważ funkcjonuje ona najczęściej w większym systemie. Większe pętle (
P) zawierają mniejsze pętle pojedyncze (pp). Dla wyjaśnienia, zdarza się, że pp1 (pętla pojedyncza 1) przechodzi w pp2, a następnie pojawia się pp3 i pp4, które są domykane przez pp5. Sekwencja pojedynczych pętli tworzy
P12345. W innej sytuacji pp8 przechodzi w pp3, później w pp1, a następnie w pp9. Sekwencja tworzy
P8319. Zajęcie się którąś pp w izolacji od innych może być łatwe, ale nie zawsze skuteczne, a przynajmniej nie w takim zakresie, jakbyśmy tego oczekiwali. Dodatkowo może być frustrujące i obezwładniające poprzez mało odczuwalne skutki, przy dużym (bądź, co bądź) nakładzie energii.
Pętle są i będą z nami zawsze (a przynajmniej dopóty, dopóki nie zdecydujemy się na odkrycie całej prawdy o sobie). Sami je tworzymy, ponieważ potrzebujemy poczucia stałości, stabilności. Dobry powód. Wierzymy, że pętle to przyniosą, a nie dostrzegamy, że pozbawiają nas dostępu do Szczęścia. Tak, czy inaczej dopóki nie przychodzi nam do głowy zmiana „czegoś”, czego mamy już serdecznie dość, w „coś”, czego całym sercem pragniemy nie ma problemu z pętlą. Tak, więc pętle mają nas „niby chronić” przed „nowym”. To iluzja.
W rzeczywistości
pętle są oznaką naszego oporu, naszego lęku przez zmianą. Są symbolem naszego „starego świata”. Znanego, ułożonego i przewidywalnego.
Wiem, że dziwnie to brzmi, bo przecież chcemy tej zmiany. Nie mniej tak właśnie jest. Chcemy jej dokonać, ale niestety w stary sposób, przy użyciu naszych sprawdzonych strategii, czyli pp. Jest oczywiste, że stare strategie dają stare wyniki, a my chcemy nowego wyniku. Ilekolwiek wysiłku wkładamy zapętlamy się w tym, co już znane. Z jednej pętli wpadamy w kolejną i tak w kółko. Doprowadza nas to do granic wytrzymałości. Zaczynamy myśleć, że się nie da czegoś dokonać. To wynik doskonałego wręcz działania naszych pp i PP, czyli naszego umysłu, który je stwarza, a który choć działa doskonale, to w oparciu o przestarzałe dane.
W takiej sytuacji niektórzy ludzie rezygnują (zwłaszcza, jeżeli taka sytuacja trwa dłużej). Starali się, zatoczyli kilka kółek, popróbowali, i spokojnie mogą odpuścić. Udowodnili sobie, że się nie da i na tym koniec.
Inni, po jakimś czasie znów podejmują próbę wyrwania się z pętli. Ci nie dali się zwieść pozorom, że Dusza przegrała z umysłem. Dla nich gra zaczyna się na nowo. To ich nowa szansa na Życie.
Jeszcze inni wiedzą (nawet, jeżeli nie wiedzą skąd), że się da. Wiedząc to nie rezygnują. Wiedzą, że jedyne, co mogą sobie udowodnić, gdy odpuszczą, to to, że ich pętle zwyciężyły. Oni wiedzą, że się da i wiedzą, że wystarczy wyrwać się z pętli. Być może powstanie wtedy inna, nowa pętla. Lecz gdyby była nawet o wiele „większa”, „bogatsza”, skuteczniejsza, szersza lub głębsza od poprzedniej, to i tak będzie słabsza, bo kolejna. Skoro poszło z tamtą, to pójdzie i z tą. Przynajmniej wiadomo, jak się do tego zabrać i jaka jest nagroda za wygraną.
Zajmijmy się przez chwilę słowem „przewidywalność”. Ono wyraża najpełniej domniemaną konieczność istnienia pętli.
Przewidywalność nie jest tym samym, co stałość, stabilność i bezpieczeństwo. Ma wiele wspólnego z tym, co określamy zastępczo mianem „znane”. W tym tkwi owa magiczna moc „starego”. To powoduje, że tak bardzo „trzymamy się” przeszłości. Wiemy, że jeśli zdarzy się „to”, w następstwie zdarzy się „tamto”. Uwielbiamy „własne jasnowidzenie”. Tyle, że to nie ma nic wspólnego z rzeczywistym jasnowidzeniem. Tu objawia się raczej nasze ciemnowidzenie, a nasze przewidywanie w tym kontekście jest jedynie „cytowaniem pętli myślowych” i przeżywaniem de ja vu.
Przewidywalność daje
pozory stałości i stabilności, ponieważ wcześniej wiemy, jak postąpić w takich lub innych okolicznościach. W konsekwencji tworzymy sobie
pozory poczucia bezpieczeństwa. Idąc dalej tworzymy sobie pozory szczęścia, pozory radości, pozory bliskości, pozory miłości lub pozory czegokolwiek innego. Utrzymując swoje pętle przy życiu „utrzymujemy przy życiu swój pozorny świat” i „swoje pozorne życie”.
To jest prawdziwa cena przewidywalności w tym wymiarze. Czyżby to było trudno przewidzieć?
No cóż, takich przewidywań się lękamy. Takich nie lubimy. Są złowieszcze, niewygodne i zbyt totalne.
Więc znów docieramy do lęku?
Czym jest lęk? Czy jest lęk?
Wielu ludzi krótko odpowiada, że lęk jest iluzją. Powiedz komuś, kto jest „w lęku”, że on (lęk) nie istnieje. Pewnie trudno będzie mu uwierzyć w tak dobre wieści.
Mimo, że z jednej strony jest to zbytnie uproszczenie, z drugiej sporo jest w nim prawdy. Lęk jest stałym towarzyszem naszych wyobrażeń. Jest przy nich jak „brat bliźniak”. Pojawia się niczym cień w słoneczny dzień.
Lęk nie jest iluzją, lęk jest wynikiem iluzji.
Lęk jest wynikiem oddzielenia się od siebie – iluzja – nie można oddzielić się od siebie.
Lęk jest efektem odrzucenia samego siebie – iluzja – nie można odrzucić samego siebie.
Lęk jest efektem braku Miłości – iluzja – nie może zabraknąć Miłości.
Mówiąc inaczej:
Im większa iluzja, tym większy lęk i im więcej iluzji, tym więcej lęku.
Należy się krótkie dodatkowe wyjaśnienie. Na poziomie głęboko psychicznym można powiedzieć o oddzieleniu się od siebie, ale to oznacza na przykład zaprzeczenie lub wyparcie jakiejś części siebie lub jej ważnych potrzeb – czyli własnych, ukrytych potrzeb. Można komuś wyrządzić krzywdę, a później powiedzieć, że to nie ja, ale ciekawe jest, że gdy zrobi się coś dobrego, to do głowy nie przychodzi oddzielenie się od siebie. To dopiero zagadka. Dobra zagadka, ale daleko jeszcze do oddzielenia się od siebie.
Podobnie z odrzuceniem siebie. Odrzucamy „coś” w sobie, ale nie całego siebie. Podobnie „coś” w sobie akceptujemy, „coś” przyjmujemy, jako integralną część siebie. Czy to oznacza, że „przyjmujemy” siebie? Chyba nie, bo nie moglibyśmy jednocześnie powiedzieć, że odrzucamy. Po prostu jest w nas „część”, której nie chcemy „widzieć”, której się wstydzimy, którą chcemy unicestwić. Zamiast ją poznać i dowiedzieć się, o co chodzi, chcemy ją na siłę wykończyć lub wysłać na banicję. Ale pojawia się duży problem – nie ma jej dokąd posłać. Istnieje jedynie wraz z nami i jedynie w nas. Jej wyparcie kończy się w najlepszym wypadku nerwicą lub depresją, a w najgorszym poważną chorobą psychiczną. Nie można samego siebie odrzucić, tak, jak nie można samego siebie podnieść za włosy.
W sprawie braku Miłości. O braku Miłości mówią najczęściej Ci, którzy Jej nie odczuwają w swoim sercu, nie rozumieją, nie dostrzegają lub nawet zaprzeczają, że w ogóle istnieje. Brak w nich wewnętrznej łączności i przepływu. Nawet, jeżeli mają milion problemów, to nie ma wśród nich braku Miłości. Miłość płynie nieprzerwanie i wiecznie, ale omija każde zamknięte serce.
Więc, czego się tak boimy?
Boimy się stracić pozory! Tego się naprawdę boimy.
Myślimy, że gdy stracimy pozory odkryjemy „nic”, że dotrzemy do pustki, ale jednocześnie przeczuwamy, że już tkwimy w pustce – właśnie teraz. Wypełnia nas lęk, że w tej sprawie niestety mamy rację. Robimy wszystko, by nie mogło się to potwierdzić. Wierzymy, że to nas uratuje, ale to właśnie odgradza nas od ratunku.
Dlatego można śmiało powiedzieć „daremny trud”. To tylko kwestia czasu i to akurat łatwo przewidzieć. Właściwie, tak jak Moc jest poprzedzana w naszym doświadczeniu przez moc, tak pierwotna Pustka, do której zmierzamy, jest poprzedzana doświadczeniem pustki. Można powiedzieć, że potrzebujemy etapów pośrednich, by zaakceptować niezmierną prostotę Życia.
Poszukujemy osadzenia i to jest bardzo dobre. Jednak, niestety zbyt często rozumiemy je zbyt powierzchownie i to stanowi duży problem. Otaczamy się rzeczami, by bardziej czuć się zakorzenionym, ale niestety skutek jest często odwrotny. Osadzenie nie polega na posiadaniu. Źródło stabilności jest zupełnie gdzie indziej. Nie na zewnątrz, ale w środku. Wewnątrz wszystko jest Twoje i jeśli tu czujesz się osadzony, lęk nie ma do Ciebie dostępu. Nikt, niczego i nigdy nie może Ci odebrać, chyba, że sam mu to dasz. Jednak, gdy sam dajesz nie możesz mieć poczucia braku ugruntowania. Wręcz przeciwnie masz go więcej i odczuwasz jeszcze pełniej.
Powierzchowne rozumienie osadzenia, ugruntowania owocuje jedynie przywiązaniem, a ono nas osłabia. Można powiedzieć, że im większe przywiązanie, tym mniejsze ugruntowanie i poczucie osadzenia.
Przywiązanie odgrywa bardzo ważną rolę. Uzasadnia istnienie naszych pętli tak sprytnie, że nawet tego nie dostrzegamy. Nadaje im posmak oczywistości, a nawet prawdy. To jeden z filarów „starego świata”. Cichy, wszechobecny strażnik. Jesteśmy jego więźniami. To jest tragiczne! Być więźniem czegoś, co się samemu stworzyło. To dopiero jest prawdziwe więzienie.
Przywiązujemy się do wielu „rzeczy” i na wielu różnych poziomach.
Przywiązujemy się do emocji, do przedmiotów, do miejsc, do ludzi, do swoich prawd i kłamstw, do własnych przekonań i racji, do naszego pełnego szczęścia lub nieszczęścia życia.
Jesteśmy przywiązani do własnego lęku, który nas tłumaczy, rozgrzesza lub uniewinnia. Wybuchamy czasem złością, która ma nas jedynie znieczulić i oddalić impuls dokonania zmiany. Złość odsuwa uzdrawiające działanie na „nigdy”. Może stać się impulsem, ale sama niczego nie rozwiązuje. Problem w tym, że działanie dokonane w złości tez niczego nie jest w stanie zmienić. Czegokolwiek byśmy dokonali w tej energii, wróci do nas i to nie będzie dla nas ani przyjemne, ani miłe. Dlatego konieczne jest najpierw „wydobycie się” ze stanu złości i „zatopienie się” w energii Miłości. Wtedy zmiana będzie trwała.
Jesteśmy przywiązani do własnej nadziei, która zaczyna spełniać jedynie rolę ucieczki, a tym samym jeszcze bardziej utrzymuje nas w stanie nieruchomości. Oczekujemy cudu, ale on nie nastąpi dopóty, dopóki sami go nie uczynimy. Nikt nie nadejdzie, by nas uratować. Bo niby któż miałby uratować nas od tego, co sami sobie tak skrzętnie stwarzamy. Komu byśmy na to pozwolili? Przecież pierwsze, czego by od nas zażądał, to abyśmy się uwolnili od przywiązania. Może się mylę, ale natrafiłby na nasz opór.
Przywiązaliśmy się do swojego sposobu myślenia do tego stopnia, że właściwie całkowicie przestaliśmy myśleć. Coś pasuje do obrazu – jest przyjęte, coś nie pasuje – jest odrzucone. I co gorsze, tego odrzucenia nie poprzedza myślenie, a jedynie porównywanie do tego, co już jest. Myślenie wymaga szczególnego wysiłku, a przy porównywaniu ten wysiłek jest właściwie zbędny. Wystarczy nie wyjść poza ramy przyzwyczajeń, mniemań i „obciąć” wszystko, co poza te ramy wystaje. To najczęściej nazywamy myśleniem, ale samo nazwanie czegoś myśleniem, nie czyni z tego myślenia. Myślenie jest bardzo mocno powiązane z przekraczaniem (zdrową krytyką) własnych poprzednich (wcześniejszych) wniosków. Cóż, rzeczywiście to jest spore wyzwanie. Można odkryć własne pomyłki, przeoczenia, a jeszcze trzeba znaleźć sposób, by wrócić na „Własną Ścieżkę Prawdy”. Co więcej, nikt poza nami nie jest w stanie stwierdzić, czy to właściwa Ścieżka?
Naprawdę zasadne wydaje się pytanie:
„Myślimy, czy nam się tylko wydaje, że Myślimy?”
Sam już nie wiem, czy utrzymywanie pętli jest wynikiem miłości własnej, czy raczej nienawiści do samego siebie. Idei Miłości to zdecydowanie przeczy, a nienawiść do siebie też trudno jest przyznać. Może istnieje trzecia możliwość? Może jest to po prostu niezbędny proces, przez który mamy przejść, by się uwolnić. Może to najdoskonalsze środowisko do własnych odkryć. Może to największy przejaw Ducha w działaniu, a jedynym problemem jest brak naszego działania. Kto wie? Może problemem jest fakt, że działamy nie tam, gdzie należy. Przesypujemy z miejsca na miejsce sterty śmieci, zamiast przestać je tworzyć.
To jest właśnie kłopot. Chcemy dostosować nasze dotychczasowe życie do zupełnie innej rzeczywistości, zamiast je po prostu odmienić. Chcemy żyć troszkę po staremu, a troszkę po nowemu, ale to nie możliwe. To byłoby trwaniem w wiecznym dylemacie, rozdarciu. Można żyć albo po nowemu, albo po staremu.
To podstawowy i konieczny wybór. Dopóki nie dokona się tego „prostego” wyboru, zmiana będzie jedynie pracą Syzyfa.
Nasze zapętlenia będą nam wiernie służyć, by znieczulić nasze głębokie pragnienie. A jeśli tych pętli będzie mało, stworzymy sobie nowe. Będziemy stwarzać sobie poczucie ogromnego ruchu i tak minie nasze życie. Wyglądamy, jak chomik w bębenku, który choć stoi wciąż w tym samym miejscu, to tak bardzo biegnie.
Mówimy do chomika: „Zatrzymaj się i tak stoisz w miejscu!”
Czemu nie mówimy do Siebie?
Niestety więcej uwagi poświęcamy swoim dyplomom, telefonom, kalkulatorom, telewizorom, komputerom, samochodom, mieszkaniom, niż samemu sobie.
Wszechobecna pętla.
Piotr Pilipczuk