Warszawa coaching portal
Warszawa coaching ICC
coaching
ankiety online
Coaching Szkolenia artykuły KefAnn PDF
   
 
artykuły - Oświecenie nie jest ciągłym uczeniem się czegoś nowego, ale wyzbywaniem się starych przekonań i nawyków, które są nieskuteczne. /Nieznany  
 
   
   
menu
li_strona_glownastrona głównapr_strona_glowna
li_coachingcoachingpr_coaching
li_kursykursypr_kursy
li_kursy_coachingukursy coachingupr_kursy_coachingu
li_artykulyartykułypr_artykuly
li_prezentacjeprezentacjepr_prezentacje
li_linkilinkipr_linki
li_o_naso naspr_o_nas
li_kontaktkontaktpr_kontakt
menu dol

top
coaching partners
bot

top
bot

strony www multimedia crm ankiety online on-line - W Gorącej Wodzie Company
This Page Is Valid HTML 4.01 Transitional

artykuły

« poprzedni kursdo góry« poprzedni kursdrukujzmień czcionkę


Racja albo Szczęście


Lubimy swoje prawdy. To całkiem oczywiste i zupełnie normalne. Jesteśmy do nich bardzo przywiązani. Dzięki temu, że je mamy, nasz świat jest stabilny, przewidywalny, zorganizowany i prawdziwy. Więc, kiedy coś naszym prawdom zagraża, idziemy „na wojnę”, by ich bronić. Idziemy na „świętą wojnę” i będziemy walczyć do upadłego, albo i dłużej. Idziemy udowodnić, że mamy rację.
Swoją drogą to ciekawe. Warto pomyśleć. Co może zagrażać naszym prawdom? Przecież, skoro my sami je tworzymy i tylko my sami możemy je zmieniać, – a to jest jedyna możliwość, – to skąd w nas napięcie, że coś lub ktoś im zagraża?
Tak, czy inaczej,

skoro znamy prawdę, to chcemy też udowodnić, że mamy rację.

Zależy nam na tym bardziej niż można przypuszczać i niestety nie chcemy się przed sobą do tego przyznać. Nic dziwnego, bo to trudne.
Gdybyśmy mieli odrobinę samokrytycyzmu i przyjrzelibyśmy się naszemu życiu, naszym działaniom, naszym relacjom, to natychmiast byśmy dostrzegli, że wiele energii wkładamy, by swojej racji dowodzić – komukolwiek, jakkolwiek i gdziekolwiek. Robimy to. Być może wierzymy, że to nas uszczęśliwi. Pytanie, czy nas rzeczywiście uszczęśliwia?
Wiele swojej energii „inwestujemy” w udowadnianie innym swoich racji. Niestety w tym przypadku „inwestujemy” oznacza marnotrawimy. Trudno się z tym zgodzić, chociaż to oczywiste. Przecież to znaczyłoby, że nie mieliśmy racji. Co to, to nie!
Nawet, jeżeli inni cierpią, nawet, jeżeli sami cierpimy – nie jest to proste, by się przyznać przed sobą samym, że marnotrawi się Siebie.

Czy naprawdę tak trudno pomyśleć, że można nie mieć racji?
Pomyśleć łatwo, ale przyznać trudno.
Jest dla mnie oczywiste, że wielu ludzi pomiędzy „mieć rację” i „być szczęśliwym” widzi znak równości, ale to, że widzi, nie znaczy, że on tam jest.
My, ludzie, jesteśmy mistrzami w tworzeniu różnorakich zabezpieczeń. Stwarzamy konteksty, sytuacje, a jeśli tego mało, potrafimy nawet stworzyć odpowiednią ideologię. I oczywiście logiczne, oparte na faktach uzasadnienie. Prześcigamy się w pomysłach na ochronę, tyle, że przed samym sobą wciąż trudno jest się ochronić. Większość naszych wynalazków jest zupełnie bezużyteczna.
Czegoż to się nie robi, by mieć rację?
Plotki, intrygi, kłamstwa, wyolbrzymianie, interpretacje, nadinterpretacje, awantury, testy, …. Ależ tego jest. A wszystko po to, by mieć rację. I oczywiście w nadziei na szczęście.

Zupełnie zapominamy, że każdy człowiek ma rację,
a już na pewno „swoją rację”.

Ma swoje uzasadnienia, swoje konteksty, swoje interpretacje. Co więcej, każdy żyje w swoim Prywatnym Wszechświecie i ostatecznie trudno się dziwić, że ma w nim rację. Można pójść dalej. Prywatny Wszechświat, tak jak Wszechświat, w którym żyjemy, ulega ciągłym przemianom, więc i racje wraz z nim. To oczywiste.
Działa bardzo prosto.

Weźmy człowieka, któremu „brakuje do pierwszego”. Mówi, że jest nieszczęśnikiem, pechowcem, bo innym starcza i nawet zostaje. Wierzy, że ma rację, więc ją ma. Spróbuj mu powiedzieć, że może być zupełnie inaczej. Powodzenia. Mniejsza o to.
Ów człowiek skreślił kilka liczb w żółtym kiosku i wygrał. Nagle wszystko się zmienia.
Mówi, że jest szczęściarzem. Wierzy, że ma rację, więc ja ma. Spróbuj mu powiedzieć, że może być zupełnie inaczej. Powodzenia. Ma rację i już.
A nawet, jeśliby Ci przyznał rację, że nie ma racji, to co? Byłbyś szczęśliwy? Pomyśl, zastanów się zanim odpowiesz. Przecież to mogłoby oznaczać, że twoje szczęście nie zależy od ciebie. Ostrożnie…, ten Gość może nawet nie pomyśleć, że podejmuje decyzję o Twoim szczęściu. Albo lepiej zacznij się modlić, żeby ludzie mieli dobry humor i przyznawali ci rację, bo inaczej utoniesz w nieszczęściu. Możesz ich oczywiście za wszystko obwiniać, ale nawet, jeżeli będziesz miał ostateczną rację, to cóż z tego, skoro będziesz nieszczęśliwy?

Nieszczęśliwi szczególnie potrzebują mieć rację.
To daje im odrobinę „szczęścia” w nieszczęściu.

Racja bardzo wiele ma wspólnego z faktami, a właściwie z percepcją faktów.
Czymże jest fakt?
Fakt to fakt. Zdarzenie, które rzeczywiście miało miejsce. Dużą część owych zdarzeń można obiektywnie zmierzyć, zaobserwować, stwierdzić, zbadać, itd. Tu sprawa jest prosta.
Dla przykładu. Albo jechałeś samochodem z prędkością 200 km/h, albo nie. Można to oczywiście zmierzyć, jednakże, czy zostało to zmierzone, czy też nie, nie ma większego znaczenia. Ty wiesz i to w zupełności wystarczy. Fakt. Nie jest istotne, czy ktoś cię na tym złapał. Podobnie jest z alkoholem i wieloma innymi rzeczami.
Albo byłeś w teatrze. Jeżeli rzeczywiście wszedłeś do środka, to fizycznie tam byłeś i to jest fakt obiektywny. Nie ma sensu zaprzeczać. Nie ma znaczenia, czy byłeś widziany przez kogoś, czy nie. To naprawdę nie czyni żadnej różnicy dla samego faktu. Zdarzył się – to oczywiste. Możesz mówić, że myślami byłeś gdzieś indziej i to również może być fakt, tyle, że subiektywny. Jeżeli masz sporo zbędnej energii i czasu możesz komuś poudawadniać. Licz się jednak z tym, że możecie mieć różnicę zdań. On ma rację, że byłeś w teatrze i Ty masz rację, że będąc w teatrze, myślami byłeś gdzie indziej.
Wydaje się nam, że w sprawie racji istnieje „albo – albo”, jednak zdecydowanie częściej w wielu sytuacjach istnieje „i”. Czyli obiektywnie fakt może być jeden i ten sam – możemy go ustalić, a nawet przyjąć, ale racje mogą być różne dla różnych osób. Może to wynikać z percepcji. Dzięki temu każdy może mieć rację i mogą to być różne racje, nawet, jeżeli dotyczą tego samego faktu obiektywnego.

Prawdopodobnie istnieje jednocześnie wiele możliwych racji i poziomów, na których można je spostrzegać. Wszystko zależy od tego, z czym połączymy ów fakt, jakie nadamy mu znaczenie lub jak go zinterpretujemy.
Zdaję sobie sprawę, że nieco skręciliśmy. Jesteśmy, bowiem w obszarze znaczenia faktów, a nie samych faktów. To właśnie na tym poziomie dochodzi najczęściej do sporu, kto ma rację.
Symbolicznie można przedstawić ten spór następująco.
Jeden twierdzi, że To jest gorące, drugi, że To jest mokre, a trzeci, że To jest zielone. Każdy ma rację. Gdyby spytać niezaangażowanego obserwatora, mogłoby się okazać, że To jest przede wszystkim małe, szorstkie lub nieistotne. Faktem jest, że To JEST. Możemy zwrócić uwagę na różne cechy, nadać różne znaczenia, różnie zinterpretować, ale to nie zmienia faktu, że TO JEST, oraz, że To spostrzegamy różnie i każdy z nas ma rację.
Ach te obiektywne fakty i subiektywne racje. Jak je pogodzić?

Sparafrazuję pewną opowieść, którą kiedyś słyszałem.
„Dwaj uczniowie sprzeczali się spacerując po plaży, który z nich dobrze zrozumiał nauki Mistrza i który ma rację. Nie mogli dojść do zgody, więc postanowili udać się do Mistrza i zadać mu pytanie, jak to właściwie jest i który z nich ma rację.
Gdy przyszli do Mistrza, wyjaśnili Mu, że chodzą od rana po plaży i przekonują się wzajemnie, który z nich dobrze zrozumiał nauki. Nie mogą ustalić, który ma rację, więc proszą by sam Mistrz rozsądził ich spór.
Pierwszy uczeń powiedział:
„Mistrzu, dziś rano powiedziałeś, że (…) i wynika z tego, że (…) (i wygłosił swoją konkluzję).
Mistrz zamyślił się i po dłuższej chwili powiedział: „Masz rację”.
Drugi uczeń powiedział:
„Mistrzu, dziś rano powiedziałeś, że (…) i wynika z tego, że (…) (i wygłosił swoją konkluzję).
Mistrz zamyślił się i po dłuższej chwili powiedział: „Masz rację”.
Wtedy, nieco zmieszani uczniowie wyjaśniali:
„Mistrzu, jeden z nas powiedział, że (…), zaś drugi, że (…). Każdemu z nas powiedziałeś: „masz rację”, ale nie możemy obaj mieć racji.
„Macie rację” – odpowiedział spokojnie Mistrz.”

I tak właśnie jest z racjami. Niesamowicie skomplikowane, czy niesamowicie proste? Sam oceń. Cokolwiek o tym myślisz – masz rację.

Wiem, pojawia się następna kwestia.
Jesteśmy kulturalni i wyedukowani. Wiemy, że obaj możemy mieć rację. Ale skoro tak, to, dlaczego się spieramy? Może czyjaś racja jest ważniejsza?
Tak, jest to częsty problem. Chcemy mimo wszystko ustalić, kto spośród tych, którzy mają rację, ma bardziej rację.
Zaczynam zdawać sobie sprawę, że cokolwiek napiszę – nie wystarczy. To potwierdza działanie mechanizmu udowadniania racji, jakby „od wewnątrz”. Wciąż zadaję sobie pytanie: „A jeśli się mylę?” I wciąż poszukuję alternatywy. Stąd z samym sobą trudno mi się w tej chwili zgodzić. Z jednej strony chcę mieć rację, a z drugiej strony rozumiem, że racji może być więcej niż jedna.
Wiem, że mogę zmienić, ująć lub dodać mały element, inaczej na coś spojrzeć i z „mam rację” będę w „nie mam racji”. Nie lubię tego, to wielce niewygodne. Prawdopodobnie zadbam, żeby nadal mieć rację, tyle, że inną.

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że poruszam się na granicy dwóch różnych procesów. One ze sobą konkurują w tej chwili.
Pierwszy polega na tym, że odruchowo chcę mieć rację. To zapewnia mi względne poczucie komfortu w moim świecie. Jest to proces zupełnie nieświadomy, którego teraz, przez chwilę mam świadomość, a to jedynie dlatego, że aby pisać, muszę go jakby „przekroczyć” – zwłaszcza, kiedy tematem jest „mieć rację”.
Drugi proces polega na wydobyciu się z własnych przywiązań i „świętych racji”, tak bardzo, jak to jest możliwe. Przecież nie chodzi o to, by przekonywać do własnych racji, a jedynie o to, by opisać wielorakie możliwości. Wydaje się proste, ale na chwilę pojawia się wielce niewygodne zmieszanie, wynikające z potrzeby/konieczności wyłączenia wewnętrznego przymusu „mam rację”. Nie sądzę, aby to było możliwe w stu procentach. Tak, czy inaczej sama próba uczynienia tego jest wyzwaniem. Zresztą, nawet, jeżeli bym zdołał odłączyć swoje racje na pojedyncze chwile, to cały tekst i tak jest odzwierciedleniem mojego „mam rację”. Inaczej nie postawiłbym początkowej tezy i nie miałbym w tej kwestii nic do powiedzenia.
Niezależnie od tego ilu ludzi zgodzi się z tym, co przeczyta, ja pozostanę w swoim „mam rację” dopóty, dopóki mój Wszechświat nie ulegnie jakiejś zmianie. Wtedy będę mieć nowe racje. Proces jest powtarzalny i dość prosty.
W wersji ogólnej prezentuje się mniej więcej tak:
W wersji dokładniejszej, wygląda następująco:
„Mam rację! – Mam inną rację! (Może nie widzę wszystkiego odpowiednio? Mam wątpliwości. Gdybym nieco rozszerzył pole widzenia…. To takie oczywiste. Wiedziałem….) – Mam rację! – Mam inną, nową rację! – Mam rację! - …”
Obie te wersje są w rzeczywistości bardzo sobie bliskie. Jeżeli któraś z nich występuje, tak, czy inaczej dzieje się rozwój. To jak wspinaczka po schodach. Schody mogą się między sobą różnić wysokością, ale idzie się wciąż w górę.
Najgorzej jest, gdy ktoś ma wersję „nieomylną”. To powoduje zastój, a prezentuje się tak:
„Mam rację! – Mam rację! – Mam rację! – Zawsze mam rację! (…)”
Ta opcja przypomina życie na „płaskiej ziemi”, chodzenie wciąż po własnych śladach, wciąż na tej samej płaszczyźnie i wciąż donikąd. Jakby nie było w przyrodzie pionu, a jedynie poziom. Zero głębi, jedynie przestrzeń. Świat jednej figury i jednego tła. Wszędzie „kwadraty”, żadnych kółek, trójkątów, rombów. Wszędzie „niebiesko”, żadnej czerwieni, żółci, bieli. Nie ma przenikania. Płasko, jałowo, sterylnie i śmiertelnie nudno. Nie wspominam nawet o tym, co jest poza figurą i tłem, o tym, co pachnie. W tym świecie nie pachnie. To nieszczęśliwy świat „jednej i jedynej racji bytu”, za którą jest ukryte (niedostępne) Szczęśliwe Piękno Życia.


„Mam rację” jest próbą uzewnętrznienia głębokiej, wewnętrznej, ważnej, indywidualnej prawdy. Nie zawsze próbą paradną. Najczęściej jest to próba mało skuteczna i kosztowna emocjonalnie. A należy dodatkowo pamiętać – to bardzo ważne, – że wiele z naszych wewnętrznych prawd, nie do końca jest prawdziwa nawet dla nas samych.
Niektóre „prawdy” skrzętnie poprawiamy, aby nam lepiej pasowały. W niektórych dodajemy coś, czego nie ma, a w innych ujmujemy coś z tego, co jest, bo tak nam wygodniej. Są też takie „prawdy”, które wprost moglibyśmy nazwać kłamstwami, gdybyśmy tylko mieli odrobinę rozsądku lub odwagi. Ale nie mamy. Jeśli jednak ma miejsce taka sytuacja, Wszechświat zaproponuje nam takie doświadczenia, w których nie da się już zaprzeczać – tyle, że wtedy jest to wielokrotnie bardziej bolesne. I jak mawiają wielcy: „Co cię nie dobije, to cię wzmocni”.

Bronimy swoich prawd bardzo mocno,
za bardzo mocno.

Wiemy, że zmiana jakiejkolwiek prawdy lub choćby jej części, zmieni nasz cały Prywatny Wszechświat. Od tej chwili już nic nie będzie takie, jakie dotąd było. To jasne, że trzeba zaczynać w pewnym sensie „od nowa”. Szkoda, że nie spostrzegamy, że i tak życie dzieje się w ten sposób. Prawo Przemiany jest jednym z podstawowych we Wszechświecie. Warto też dodać, że prawo przemiany jest powiązane zawsze, z jednym z dwóch innych praw. Albo z prawem wzrostu, albo z prawem opadania. Nie może być inaczej. Właśnie to jest bardzo ważne dla nas.
Najczęściej widzimy nasz wpływ na prawo zmiany, a ona dokona się i tak, nawet bez naszej zgody lub bez naszego wyboru.

W rzeczywistości prawdziwy wpływ mamy właśnie na to,
czy wraz z tą zmianą lub w jej wyniku
nastąpi nasz wzrost, rozwój,
czy wręcz przeciwnie – nasze opadanie.

Tu umiejscowiony jest obszar naszego wyboru. To ma znaczenie.
Dlatego przyznanie przed samym sobą: „nie miałem racji”, „myliłem się” jest tak trudne emocjonalnie. Zmienia życie i trzeba dokonać wyboru, w którą stronę. To rzeczywisty moment przejęcia odpowiedzialności za swoje życie, za jego kształt i jakość, oraz za swoją śmierć, za jej spokój i czystość.
Być może, dlatego wolimy wierzyć i mieć rację, że przyczyną napięcia jest inny (często ważny dla nas) człowiek lub wyrażana przez niego racja. To bardzo wygodne. Ktoś jest wszystkiemu winien.

Rzadziej uświadamiamy sobie, że napięcie powstaje nie dlatego,
że ktoś ma rację, ale dlatego,
że sami nie mamy pewności, co do swojej racji.

To taka chwila, w której zyskujemy świadomość, że nadchodzi moment zmiany. Chcemy zmiany, ale też odczuwamy lęk przed tym, że ona nastąpi. Jest nam zbyt ciasno w tym, co jest, a jednocześnie boimy się nadchodzącej przestrzeni. Boimy się, że się możemy w niej zagubić. Czujemy się zapraszani do głębi, ale jednocześnie boimy się, że możemy się zapaść.
Ale kiedy zmiana jest już faktem, gdy jest za nami, gdy się dokonała, dzieje się to, co zawsze wtedy się dzieje – uczymy się orientować w nowym. Poznajemy na nowo swój Prywatny Wszechświat, który właśnie stworzyliśmy i nieodmiennie odkrywamy z radością, że nie potrafimy się w nim ani zagubić, ani zapaść, bo to nasz, stwarzany przez nas Prywatny Wszechświat. To jedyne miejsce, które rzeczywiście możemy dogłębnie poznać.

* * *

Minęło kilka dni. Bardzo trudnych dni. Udowodniłem sobie, że każdego dnia i w każdej sytuacji mam rację. Niestety nadszedł taki moment, najtrudniejszy ze wszystkich, w którym zrozumiałem, że nic mi to nie daje.
To tragiczne. Tyle chwil minęło bezpowrotnie, a ja nie mogłem nawet zapłakać. Dlaczego? Nie wiem. Nie móc uronić jednej łzy, gdy serce pęka – to jest dopiero udręka.
Teraz mam już łzy w oczach. Przyjąłem. Przestałem się opierać prawdzie, przestałem zaprzeczać i szukać dobrej odpowiedzi, przestałem szukać racji. Ulga.
Jeden wniosek, pod którym dosłownie poległem.

„Mam rację” nie znaczy nic.
Zupełnie nic!

To największa ucieczka od prawdy, jaką człowiek mógł sobie wymyślić. To największy dowód naszej ludzkiej nie-mocy.
Moja racja nie ma większego znaczenia. To pułapka. Za mało wiem, by w ogóle móc mieć rację. Upieram się jak osioł przy swoich racjach, zwłaszcza na temat innych, a sam ze sobą nie mogę dojść ładu. Im bardziej mam rację, tym mniej jestem szczęśliwy. Doświadczam samotności, a jedyna „towarzyszka” – smutna i wierna, to „moja racja”. I co mi po niej. Nawet nie mamy o czym pogadać – wciąż się zgadzamy.
Że też wcześniej na to nie wpadłem? To takie proste. Takie oczywiste. Tyle razy miałem to przed swoimi oczami.
Wystarczy wyjść na ulicę, wejść do sklepu, siąść na przystanku, przejechać się tramwajem, porozmawiać z taksówkarzem, posłuchać przyjaciela, policjanta, księdza, lekarza, guru, polityka lub kogokolwiek innego, żeby zauważyć, że każdy ma rację. Każdy potrafi swoją rację udowodnić. Wszyscy mają rację. Jest tylko jeden problem. Nie wszyscy są szczęśliwi.

To żądna sztuka mieć rację, każdy ją ma.
Sztuka być szczęśliwym.

Szczęście jest wartościowe. Jest wyjątkowe. I to jedyna „rzecz”, jakiej nie musimy nikomu udowadniać – wystarczy czuć. Życie nabiera takiego smaku, że nie ma zupełnie znaczenia, co na to inni. Nie ma potrzeby kogokolwiek i do czegokolwiek przekonywać. Nawet do głowy człowiekowi nie przyjdzie, by się z kimś spierać. Znika jakakolwiek potrzeba konfrontacji z kimkolwiek. Emanuje się szczęściem i to załatwia wszystko.

Mieć rację, to nie jest żadna „sprawa życia”. To nałóg. Zaczęliśmy się uzależniać tak wcześnie, że nawet tego nie pamiętamy. Uczyliśmy się na tysiące sposobów, że mamy mieć rację. Nic dziwnego, że wreszcie uwierzyliśmy, że tak trzeba, że to najważniejsze, by mieć rację. Przecież ci, którzy mieli rację zwyciężali. Pomyliliśmy satysfakcję, ulgę, radość, zadowolenie z siebie i wiele innych rzeczy ze szczęściem. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało przy dokładnym zbadaniu, że szczęściem dla wielu z nas był nawet brak napięcia. Ale te wszystkie rzeczy nie są szczęściem, to jedynie nasze dziecinne i mylne skojarzenia.
Nie chodzi też o to, by nie mieć racji. To nawet nie jest możliwe, ponieważ tak, czy inaczej zawsze mamy rację. Ważne jest jednak, by mieć świadomość, że oddanie się w „niewolę” swojemu „mam rację”, jest rzeczywistym oddaniem się w niewolę. Ewentualnie jest ciągłym przebywaniem na wojnie. Mam rację potrzebuje rywali i wojny, by przetrwać. Ale nie po to otrzymaliśmy dar życia, by ze sobą walczyć.

Otrzymaliśmy życie, by dokonywać odkryć
i dzieląc się nimi osiągnąć szczęście.

Tak wygląda i na tym polega synergia. Potrzebujemy nauczyć się zgadzać, a nie przekonywać do swoich racji. Walka nie jest nam do szczęścia potrzebna.
W tym kontekście „mam rację” jest sprawą życia – oby się nie okazało, że straconego. Jeżeli nasze „mam racje” nami zawładnie, wyniszczymy się wzajemnie. Popatrz na to, co dzieje się w polityce. Ci ludzie już dawno nie poszukują najlepszych rozwiązań, zapomnieli, dla kogo, dzięki komu i po co są tam, gdzie są. Oni walczą o swoje racje i przyznaję, że to żenujące. Uwierzyli, że to ich lub kogoś uszczęśliwi. Niestety, nie tędy wiedzie droga do szczęścia. Na marginesie, moim zdaniem rzeczywiście przypominają przedszkolaków, którzy biją się o wielką kolorową kulę, tylko dlatego, że mamusia powiedziała, że „tam jest Ameryka”. Uwierzyli czy co? Panowie i Panie, w globusie jej nie ma!

Bądźmy racjonalni.

„Mamy rację” jest o wiele bardziej użyteczne niż „mam rację”. Gdybyśmy „mieli rację” byłoby zdecydowanie bliżej do Szczęścia, nam wszystkim.
Kiedy to zrozumiemy?
Przekonywanie się wzajemnie prowadzi donikąd. Ta „zabawa” nie ma końca. Jesteśmy w niej przegrani z założenia, ponieważ przenosi nas na zewnątrz – wyrywa nas z naszego wnętrza. I zamiast dokonać wciąż nowych odkryć, spieramy się o stare. To nie doprowadzi nas do odkrycia prawdy.
Co by się wydarzyło, gdybyśmy popatrzyli na to inaczej?

Każdy z nas ma tę/taką samą rację,
tyle, że jesteśmy na innych etapach rozwoju.

Moją racja, albo już była, albo dopiero będzie czyimś odkryciem. Podobnie czyjaś racja była lub za jakiś czas będzie moim odkryciem. Czyli można powiedzieć, że sprzeczamy się (jakby) jedynie z „samym sobą”, tyle, że z różnych okresów czasu. Zobrazujmy to. Wyobraź sobie wielką spiralę. To takie szczególne „urządzenie”, po którym się chodzi w coraz większe kółko. Nie można nadepnąć na swoje ślady – oczywiście, jeśli jest to rzeczywista spirala. Ja z „piątego kółka” (licząc od punktu startu, czyli centrum) przekonuję siebie z „drugiego” lub z „ósmego” lub któregokolwiek innego, w którym byłem lub dopiero będę. Zabawne prawda?
Na piątym racja wygląda tak, a na ósmym tak. Nic w tym złego. Na pierwszym wyglądała jeszcze inaczej. Ale my nie wiemy, że idziemy po spirali i doganiamy samego siebie. Zmierzamy do coraz szerszej przestrzeni, ale zamiast przeskoczyć o trzy kółka, spieramy się, że mamy rację. Mamy rację i co z tego. Mija czas, idziemy, krok po kroku robimy te trzy kółka i…, dochodzimy do punktu, o którym słyszeliśmy rok wcześniej. Zapomnieliśmy już o tym, albo chcemy zapomnieć, bo nam głupio.
Przeżyliśmy to wiele razy i przeoczyliśmy. Nigdy nie zgodziłeś się z kimś po roku lub nawet po tygodniu? A przecież wcześniej przekonywałeś go, że nie ma racji. Mogło być odwrotnie, on się z tobą zgodził po tygodniu. Przejmujemy wzajemnie swoje racje, a właściwie do nich dojrzewamy. Rozwijamy się, rozszerzamy pole naszego widzenia i to pozwala nam się zgadzać z innymi w coraz większym stopniu.
Warto jeszcze dodać, że nie odbywa się to na jednej płaszczyźnie, mimo, iż przykład ze spiralą mógłby to sugerować. Jest jeszcze głębia. Spirala wznosi się lub opada. Można powiedzieć również, że istnieją różne poziomy. „Przeskok” może być przeskokiem nie tylko w tej samej płaszczyźnie, ale może dotyczyć jednocześnie wznoszenia lub opadania, a nawet przejścia na zupełnie inny poziom. To tylko mała dygresja, pomyśl o tym, wyobraź to sobie na swój sposób. Im wyższa energia, tym wyższy poziom. Im wyżej, tym więcej Lekkości. Im wyżej, tym więcej Światła.
„Mam rację” oznacza jedynie, że uczestniczymy w dynamicznym procesie odkrywania. Można powiedzieć, że tworzymy ten proces. Moje wczorajsze, dzisiejsze i jutrzejsze „mam rację” jest jedynie krokiem do „Jestem Szczęśliwy”. Przynajmniej tak być powinno. Dlatego nie ma sensu się zbytnio przywiązywać do swoich racji, które i tak, wcześniej czy później ulegną zmianie. Pozostawimy stare, a zbudujemy nowe. Dzięki temu wzrastamy. Mamy swoje racje po to, by im móc zaprzeczać i dzięki temu rozwijać się. Tworzymy je jedynie po to, by się im „za chwilę wyrwać”. Najważniejsze jest to, jakim kierunek, w czasie tego „wyrywania się” wybieramy. To jest dla nas istotne.
Nasze racje są schodami. Wyrywanie się jest naszym krokiem. Nas wybór decyduje o kierunku – odbywa się w górę lub w dół. Zastój jest chodzeniem wciąż po tym samym schodku w lewo i w prawo. Czasem dochodzimy do miejsca, w którym można wsiąść do windy. Najczęściej chcemy się „przejechać”. To bardzo ważny moment, bo od tego, co nas wypełnia, od tego, z czym lub bez czego wsiadamy do windy zależy, czy pojedziemy górę, na nowy poziom, czy niestety w dół, by znów się wspinać po tych samych schodach. Winda nie decyduje o tym, gdzie pojedziemy. Nasze prawdy i racje decydują, gdzie nas zawiezie. Odrobiłeś „zielone” schody, to zawiezie cię na „niebieskie”. Odrobisz „niebieskie”, wjedziesz na „żółte”. Ale jeżeli nie odrobiłeś jeszcze „zielonych” schodów, nie zawiezie cię na „niebieskie”, bo niby, po co? Zwiezie cię na sam dół „zielonych”, byś miał jeszcze jedną nową – starą szansę.
Wiem, że to dziwacznie brzmi, ale tu można użyć jedynie przenośni, metafory. Wiem, że żadna nie będzie wystarczająco doskonała. W rzeczywistości to wymyka się zupełnie naszej ludzkiej percepcji – a to spory problem. Używamy jedynie pięciu zmysłów i trzech wymiarów, a to przekracza nasze zmysły i wymiary. Dodatkowo wszystko komplikuje nasz sposób postrzegania czasu. Myślimy, że czas jest funkcją liniową, że ma przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Trudno nam zrozumieć, co to znaczy, że istnieje jedynie Teraz, które trwa wiecznie. Wieczne Teraz.
Wydaje się nam, że Ziemia to jedyny istniejący Dom, ale to psikus naszej ograniczonej percepcji. Domów jest wiele. Nie widzimy ich, bo są dla nas „przeźroczyste”, ale to nie znaczy, że ich nie ma. Może są dla nas zbyt daleko lub poprostu mamy zamknięte okna. Wyjrzyj przez okno. Gdziekolwiek w Polsce jesteś, czy wyglądając przez okno widzisz Amerykę lub Antarktydę? Nie! Ale to nie oznacza, że ich nie ma.

Wróćmy jeszcze na chwilę do naszej metaforycznej spirali. Można zaryzykować stwierdzenie, że im szybciej się zgodzimy, tym szybciej będziemy Szczęśliwi. Właściwie nie ma w tym żadnego ryzyka, ponieważ zgoda nie musi oznaczać „cofania się” ani tego, że „jestem głupszy”. Oznacza jedynie, że jestem na innym kole. Jeśli coś jest dla mnie jasne i znajome. Jeśli mówię „to już przerabiałem”, „znam to”, to oznacza, że jestem na większym kole, daję po prostu kolejny krok. Mogę się spokojnie zgodzić i pójść dalej. W najlepszym wypadku przekonywanie do swojej racji jest wtedy staniem w miejscu. Natomiast, jeżeli coś mnie zaskakuje, coś nie jest mi znajome – znaczy, że jestem na mniejszym kole spirali. Być może warto dokonać przeskoku, zamiast się sprzeczać ze sobą. Warto się przynajmniej nad tym zastanowić.

W rzeczywistości jedynie Dusza ma rację.
Kluczowe jest zrozumienie tego.

Nasze życie i jego cel można właściwie ograniczyć do tego, by nauczyć się odczytywać to, co Dusza ma do załatwienia i zrobić wszystko, co możliwe, by załatwiła to, po co tu jest.
Tu i Teraz.

Wciąż bardziej odkrywam,
że Życie
jest całkowicie duchowym doznaniem.

Zajmujemy się swoimi samochodami, sprawami, ale nie sobą. Zajmujemy się swoimi zegarkami, ale nie swoim czasem. Zajmujemy się programami w swoich komputerach, ale nie własnymi wzorcami.
Zagubiliśmy się w dodatkach do życia.
Przez wiele lat wstajemy rano, dzień za dniem po to, by mieć rację. Kiedy zaczniemy wstawać jedynie po to, by Być Szczęśliwym?

Piotr Pilipczuk


« poprzedni kursdo góry« poprzedni kursdrukujwyświetleń: 5507

-
top
  International Coaching Community Logo  
top
top
  EMCC European EQA Quality Award  
top
top
  Zapisz się na newsletter  
top
top
  Spotkanie trenerów ICC  
top
  
 bottom