Droga życia
Właściwie każdy człowiek, każdy bez wyjątku poszukuje swojej Drogi, Drogi do Domu. To pewne. Wielu ludzi nie ma tego świadomości, że szuka drogi. Ale robimy to wszyscy. Jedyna różnica mieści się w tym jak to robimy. Spokojnie, planowo, systematycznie, rozpaczliwie, zrywami, na oślep – każdy w jakiś sposób to robi. Nawet, jeśli ktoś nie wie, na pewno przeczuwa, że to ma wielkie znaczenie dla jego życia. To zapowiedź szczęśliwości, która nie przemija.
Potrzeba znalezienia swojej drogi jest jedną z cech życia. To podstawowy nieświadomy cel każdego człowieka. Kiedy zmierza się swoją drogą, życie staje się mistycznym doznaniem.
Jeżeli życie jest „wędrówką, poszukiwaniem drogi powrotnej do Domu”, pojawia się pytanie: Czy istnieje droga na skróty?
Nawet biorąc pod uwagę jakiś pojedynczy aspekt życia to pytanie jest zasadne. Nie ma większego znaczenia, czy pomyślimy o związku miłosnym, o szeroko rozumianych relacjach z ludźmi, o karierze, o wychowaniu dzieci, o zdobywaniu wiedzy, o pracy w ogródku lub o czymkolwiek innym.
W odniesieniu do każdej płaszczyzny życia to pytanie ma sens. Jest to pytanie ważne, ponieważ my ludzie zazwyczaj szukamy krótszych dróg. Jednym z wielu powodów wyznaczania map jest ten właśnie, żeby dojechać do jakiegoś miejsca krótszą drogą. Innym, bardziej pierwotnym powodem tworzenia map było umożliwienie innym wędrowcom dotarcie do miejsc, w których jeszcze nie byli i co jeszcze ważniejsze bezpieczny powrót z tych miejsc. Dziś używamy map na wiele sposobów. Najczęściej „chwytamy kierunek” i nadal błądzimy skracając skróty, tak jakby celem było w ogóle gdzieś dojechać. Spotkałem kilku kierowców, którzy cieszyli się, że nie błądzili zbyt długo, jadąc do jakiegoś miejsca, zamiast skorzystać z mapy i cieszyć się, że dojechali do niego „jak po nitce”. No cóż, ludzie mają różne radości. Zresztą to normalne i tak jest dobrze. Inaczej nie byłoby szczęśliwych ludzi na ziemi.
Czy istnieje droga na skróty? Im bardziej się zamyślam, im głębiej w to pytanie „wchodzę” i przypominam sobie moje życiowe doświadczenia, tym bardziej nabieram pewności, że…
Drogi na skróty nie istnieją.
Tak, czy inaczej nie dotrze się do kresu podróży, dopóki nie zdarzy się to, co ma się zdarzyć. Nie dostąpimy oświecenia, dopóki nie odkryjemy o sobie tego, co mamy odkryć. W tej sprawie nie ma dróg na skróty. Pewnie nie ma w tym nic dziwnego, że wciąż ich szukamy, ale też nie ma w tym nic dziwnego, że wciąż nie możemy ich znaleźć, bo ich nie ma.
Jest wiele wskazówek, z których możemy skorzystać, by swojej drogi nie przedłużać, ale nie żeby ją skrócić. Chyba, że nie przedłużać potraktujemy, jako skrócić.
To dobry moment, by wyjaśnić, że to nie wszystko. Jak zawsze, tak i tu istnieje czynnik równoważący. W przyrodzie zawsze jest równowaga, albo przynajmniej zmierzanie do niej. I oto ten czynnik.
Istnieją proste drogi.
To nam może dodać otuchy i pomóc przejść przez pierwsze oznaki oporu, które się w nas pojawiają, gdy słyszymy: „Nie ma dróg na skróty”.
Gdyby chcieć być jeszcze bardziej precyzyjnym, to należałoby powiedzieć, że drogi na skróty oczywiście są, ale nie warto nimi zmierzać. Właściwie to tych jest najwięcej, to dodatkowa trudność. Bardzo kuszące. Jednak u celu drogi okazuje się, że nie jest się tam, gdzie chciało się być. W tym wypadku nasza inteligencja jest nam przeszkodą. Myślimy, że ominiemy prawa natury, a tych na pewno ominąć się nie da.
Kiedyś mój dziadek mawiał: „Kto chodzi na skróty, do domu nie wraca.” Może sobie troszkę żartował i miał coś innego na myśli, ale w wędrówce życia, jest to najprawdziwsza z prawd. Nie da się wrócić do Domu na skróty. Trzeba odnaleźć swoją, prostą drogę i nią zmierzać. To nie tylko najkrótsza, ale i jedyna droga do Domu.
Prosta droga, nie zawsze oznacza łatwa. Dobrze jest to rozumieć. Jedne wybory podejmujemy lekko, inne wymagają od nas troszkę więcej wysiłku. Życie stawia nas przed wieloma różnorodnymi próbami. Życie samo w sobie jest wyzwaniem. Pogodzenie wielu ról, jakie pełnimy wydaje się czasem wręcz niemożliwym do wykonania zadaniem. To kluczowe miejsca – miejsca życiowych decyzji. W takich chwilach trzeba odwołać się do najgłębszych życiowych wartości. One są sercem całego naszego świata.
Zachowując swoje wartości, hołdując im, dbając o nie, bezwzględnie je szanując prostujemy naszą drogę. To najlepsze ze znanych sposobów utrzymywania prostej drogi.
Najciekawsze jest, że gdy nasze oczy zwrócone są w nasze wnętrze, nasze drogi nie potrzebują się prostować, bo są proste. Kluczem jest inwestowanie w siebie, a nie w drogę. Niczego nie możemy zmienić na zewnątrz. Jedyne możliwe zmiany mogą być dokonywane jedynie w nas i jedynie przez nas. Nie ma w tym żadnej magii, to sprawa naturalnego porządku, który funkcjonuje we Wszechświecie.
Zastanów się, czy kiedykolwiek udało ci się kogoś odmienić. Może doprowadziłeś do sytuacji, że coś zaczął robić lub czegoś zaprzestał, może pomogłeś komuś w zrozumieniu nieznanych aspektów jego bytu, może stworzyłeś kontekst do tego, by dokonał jakiejś zmiany w swoim życiu, ale to nie oznacza, że Ty go zmieniłeś. Co najwyżej sam się zmienił. Podobnie jest ze mną i z Tobą. Nie sądzę byśmy kiedykolwiek uznali, że ktoś przyszedł, dotknął nas czarodziejską różdżką i dokonał w nas jakiejkolwiek, nawet minimalnej zmiany. Może byłoby miło komuś, gdyby za coś takiego usłyszał od nas podziękowanie, ale też byłoby to po prostu kłamstwem.
Dla przykładu, jeżeli jesteś rodzicem, znajdziesz wiele materiału do przemyśleń. Możesz być zupełnie szczery wobec siebie, nikt się nie dowie. Chciałeś swoje dziecko w jakimś aspekcie odmienić? Mnie się to przydarzyło. Wierzyłem, że dziecko powinno być „takie, a takie”, więc chciałem je „dopasować” do mojego przekonania. Na szczęście dziecko szybko nauczyło mnie, że to nie jest takie proste. Ono zmierza swoją drogą. Mój pomysł na jego szczęście nijak się miał do jego pomysłu. Więc jedyne, co zacząłem robić, to ewentualnie zadawać pytania, by nauczyło się myśleć, by zaczęło spostrzegać zależności i wzajemne wpływy różnych zjawisk, by przejmowało odpowiedzialność za swoje „małe” decyzje oraz, aby nauczyło się wyciągać wnioski, pamiętać je i korzystać z nich. To, że zacząłem to robić nie oznacza, że nauczyłem je tego, oznacza jedynie, że nadałem taki kierunek moim działaniom. Moje dziecko i tak samo musi się tego nauczyć, jak każdy inny człowiek na ziemi.
Świat pełen jest historii i opowieści o tym, jak to ktoś chciał komuś zrobić dobrze. Mówił mu jak powinien żyć, jakie decyzje podjąć, którędy zmierzać, itp. I co z tego? Nie słyszałem, żeby to coś dało. Każdy i tak sam kiedyś musi przejąć odpowiedzialność za swoje sprawy. Gdyby było inaczej Ty, ja i wielu innych żyłoby tak, jak doradzali im ich rodzice, dziadkowie, sąsiedzi, nauczyciele. Oni wszyscy wiedzieli najlepiej, co powinniśmy robić, aby żyć szczęśliwie i spokojnie. Ale jakoś dziwnym trafem nie zaczęliśmy tego wszystkiego robić. Każdy poszedł swoją drogą i tyle. Dobrze wiedzieliśmy, (choć nie wiemy skąd), że jedyną osobą, która może odnaleźć naszą drogę, jest każdy z nas. Wiemy też, że jedynie od nas zależy, czy będzie to droga prosta, czy nie.
Nawet, jeżeli na początku chcieliśmy iść na skróty, i pokazać, że już wszystko wiemy, życie „utarło nam nosa”, byśmy nie byli tacy zbyt pewni siebie. Zresztą z tym jest bardzo różnie. Wiele zależy od tego, kiedy kto zaczął i jak się do tego przyłożył. Ważne jest też ile posiadał zdolności samoobserwacji i pamięci swoich doznań z przeszłości. Ważne, jakie wnioski wyciągał i jak ich używał. Ja przeżyłem dość sporo, ale wnioski mi umykały dość długo. Tak, więc zacząłem dość późno. Na szczęście nigdy nie jest zbyt późno.
Kiedyś wierzyłem, że Bóg ma taką moc, by kogoś odmienić i wyprostować jego drogę, ale i to nie jest do końca prawda. Żaden Święty nie zaczął być Święty tylko dlatego, że Bóg czegoś za niego dokonał. Bóg zsyłał próby i równoważące wsparcie. Święty decydował, w jaki sposób przez nie przejdzie. To zawsze obszar wewnętrznej decyzji.
Bóg dał nam wolną wolę. Mamy wiele wsparcia, liczne drogowskazy, przykład, ale od naszego „chcę” zależy wszystko, czego może dokonać Bóg. Same te rzeczy niczego nie czynią. Jeśli nie ma ich w naszym sercu, nic nie znaczą. Nie ulepszą ani naszego życia, ani świata, w którym żyjemy.
Gdy byłem małym dzieckiem, w zeszycie do religii miałem wklejony obrazek z Jezusem, który stoi przed drzwiami i puka. Ciekawe na obrazku było to, że klamka w tych drzwiach była tylko z jednej strony. Jezus nie mógł otworzyć drzwi i wejść. Mógł jedynie pukać i zostać do środka zaproszony. Dopiero wtedy mógł działać. Drzwi do naszego serca, to drzwi z klamką od środka. Zastanawiałem się wielokrotnie, dlaczego tak trudno nam jest zaprosić Boga do środka? Czego się tak boimy?
Wiemy, że ustępstwa nie istnieją, jeśli droga ma być prosta. Żadnych skrótów. Żadnych wyjątków. To nas pociąga, ale jednocześnie przeraża. Boimy się i jednocześnie pragniemy. To próba naszego charakteru. To test naszego człowieczeństwa.
Najbardziej frustruje nas świadomość, że wielokrotnie już doświadczaliśmy tej prostej nauki w życiu, a mimo tego wciąż chcemy być cwani, sprytni. Wciąż marnujemy czas i energię na uniki, mimo, że nie przynosi to nam zadowolenia.
Być może wierzymy w jakąś „totalną amnestię”. Ale któż miałby ją ogłosić i dla kogo? Poza tym amnestia zakłada darowanie win. To my komuś mamy darować, czy ktoś nam? Jesteśmy dla siebie wzajemnie Mistrzami Rozwoju. Możemy się za to przepraszać, możemy się złościć, ale to nic nie zmieni. Możemy też być sobie wdzięczni. W istocie jest to kwestia naszego wyboru, naszej decyzji – kluczowej dla naszego życia decyzji. Najlepsze, co możemy uczynić, to przyjąć to, jako najdoskonalszy plan i uczyć się go odczytać.
Nie potrafimy przebrnąć przez nasze płytkie oceny. Zawieszamy się w oporze i uczymy nasze serce zatwardziałości. Osądzamy siebie i innych, bo to pomaga nam przestać myśleć, a przede wszystkim pomaga przestać czuć. Trzymamy się w ten sposób w wewnętrznym uśpieniu. Nasze życie przemieniamy ze zmierzania w ucieczkę. Hodujemy w sobie dawne urazy, a to trzyma nas w tym samym miejscu, w miejscu, w którym już nie jesteśmy, w miejscu, którego już nawet nie ma.
Chcemy wierzyć, że to ma jakiś sens, ale niestety nie ma. To marnowanie czasu. Była jakaś sytuacja, w której czuliśmy się skrzywdzeni. To mogło być dla nas bardzo trudne. Nie chodzi o to, by temu zaprzeczać. Jednak istota mieści się w tym, czego mieliśmy się nauczyć dzięki temu i czy już się nauczyliśmy. To była okazja do przemiany naszego życia w jakimś jego aspekcie. Jakiś człowiek przyszedł i odegrał dla nas trudny scenariusz, nie po to, by nas skrzywdzić, lecz po to, byśmy się wyzwolili i wznieśli wyżej. Dla niego to również mogło być trudne. Nazbyt myślimy tylko o sobie, by o tym pomyśleć. Dla niego my odegraliśmy inny trudny scenariusz. On też miał się wyzwolić i wznieść wyżej. Miał swoją szansę na przemianę.
Celem życia nie jest darowanie win, ale nauka mądrości, podwyższenie świadomości i światłość. W tym kontekście grzech nie istnieje. Istnieje nasza ignorancja, istnieje brak wiedzy, istnieje brak zrozumienia, co się właściwie dokonuje i o co w tym wszystkim chodzi.
Naszym zadaniem nie jest osądzanie zdarzeń, naszym zadaniem jest poszukiwanie przekazów ukrytych w zdarzeniach.
Naszym zadaniem nie jest zyskanie wszechwiedzy, naszym zadaniem jest zyskanie samowiedzy.
Naszym zadaniem nie jest ślepa gonitwa donikąd, naszym zadaniem jest świadomość.
Naszym zadaniem nie jest obarczanie innych lub siebie, naszym zadaniem jest stawanie się czystym.
Naszym zadaniem nie jest odkrywanie czegoś o innych, a skrywanie siebie, naszym zadaniem jest odkrycie siebie prawdziwego wśród iluzji na temat siebie, które sami sobie wciąż stwarzamy.
Naszym zadaniem nie jest użalanie się nad sobą i swoim losem, naszym zadaniem jest stawanie się odpowiedzialnym za swoje życie.
Naszym zadaniem nie jest trwanie w uśpieniu, naszym zadaniem jest przebudzenie.
Naszym zadaniem nie jest umieranie w nienawiści, naszym zadaniem jest życie w Miłości.
Naszym zadaniem nie jest oczekiwanie na cud, naszym zadaniem jest czynienie cudu.
Tak, czy inaczej, dopóki nie przejmiemy pełnej odpowiedzialności za swoje życie, za jego kształt, dopóty nasza droga nie będzie prosta. Zawsze znajdziemy kogoś, kogo obarczymy winą za nasze nieszczęścia i za to, że nasze życie nie jest takie, jakiego mogłoby być. Oczywiście wolno nam, ale to niczego nie zmieni. Nasza droga będzie nadal pokręcona. Właściwie możemy nawet mieć poczucie, że to nie nasza droga. I uwaga, wcale nie będzie to dziwne.
Życie samo w sobie jest bezstronne, jakby jałowe. Nie jest ani złe, ani dobre. To my nadajemy mu jakiś konkretny wymiar. To kwestia naszej mocy, a nie samego życia. Od nas zależy to, jakie nadajemy znaczenie sytuacjom, a przez to życiu.
Niczego nowego nie napiszę, dawno to odkryto. Jeżeli w jakiejś sytuacji bierze udział troje ludzi (to tylko część prawdy, bo jeszcze bierze udział życie, – ale ono jest czyste od znaczeń), to każda z tych osób inaczej będzie tę sytuację spostrzegać, inaczej jej będzie doznawać. Każda nada jej swoje niepowtarzalne znaczenie. Sytuacja, sama w sobie nic nie znaczy, dopóki każda z osób nie nada jej jakiegoś znaczenia. Zaś wtedy, ta sytuacja zaczyna znaczyć coś innego dla każdej z osób, które w niej uczestniczą.
Każda z osób ma rację w swoim świecie. Każda wie, co to znaczy dla niej, ale nie wie, co znaczy dla pozostałych. Myśli prawdopodobnie, że znaczy dla nich to samo, co dla niej, ale tak nie jest. Niestety o tym nie myśli. Zamiast zastanowić się nad sobą w tej sytuacji mnoży oczekiwania wobec pozostałych. Snuje wyobrażenia, co pozostali uczestnicy sytuacji powinni zrobić, a czego nie. Jeżeli pozostałe dwie osoby mają tak samo, to każda czegoś oczekuje od pozostałych i nikt nie otrzymuje tego, czego chce, bo wszyscy czekają, że ktoś się domyśli i zrobi odpowiednią rzecz. A jedyna możliwość polega na dostarczeniu sobie samemu tego, czego się oczekuje.
Na tym mechanizmie zasadza się cała filozofia bezruchu. Oczekiwanie, że inni zrobią coś z moim życiem jest najbardziej abstrakcyjną z istniejących myśli. Chyba, że przy okazji robienia czegoś dla siebie. Jednak wtedy mamy do czynienia z sytuacją, w której i tak my sami nadajemy takie, a nie inne znaczenie czyimś działaniom i mówimy sobie, że ktoś coś dla nas zrobił. Ciekawe jest to, że kiedy dzieją się rzeczy miłe dla nas łatwo jest myśleć, że ktoś to dla nas zrobił i jesteśmy tacy kochani i tacy ważni, a w sytuacjach, gdy coś nam się nie podoba, nie koniecznie myślimy w ten sam prosty sposób. Chyba, że powiemy: „zrobił to nam na złość”. Wiem, tego nie lubimy.
Tu pojawia się swoista konsekwencja takiego podejścia. Zawsze możemy powiedzieć, że ktoś, coś dla nas zrobił. To kwestia naszego wyboru. Warto jedynie dodać, że uczciwość wymaga, by przyjąć takie podejście i jego konsekwencje zarówno w sytuacjach, gdy nam się podoba to, co ktoś dla nas robi, jak i w tych, gdy nam się to nie podoba.
Pomyśl, ktoś zawsze robi coś dla ciebie, zawsze z myślą o tobie, żyje po to, by cię uszczęśliwić, czyż to nie powinno wystarczyć do bycia szczęśliwym. To nie jest żadna ironia. Co? Nie zawsze robi to, czego chcesz? No cóż, pewnie po prostu nie jest jasnowidzem.
Jeżeli coś ci tu nie gra i oczekujesz czegoś innego, to dobry moment, by podjąć decyzję i zająć się swoim życiem samemu, zamiast liczyć, że inni zrobią to za ciebie. Jedynym jasnowidzem w sprawach twojego życia możesz być jedynie ty sam, bo tylko ty sam wszystko w nim możesz jasno widzieć.
I to właśnie jest prosta droga życia.
Pytanie, czy ją wybierzesz?
Nie zrozum tego źle, opacznie. To byłoby wielką szkodą dla ciebie, dla innych ludzi i dla całego Wszechświata.
Nie chodzi o to, by przestać przysparzać innym radości. Jednak pamiętaj, że nie możesz tego uczynić swoim kosztem.
Nie chodzi o to, by nie wnosić szczęścia w życie innych ludzi. Jednak pamiętaj, że jeżeli sam nie jesteś szczęśliwy, nie możesz tego komuś ofiarować.
Nie chodzi o to, by dbać tylko o siebie. Jednak pamiętaj, że od tego należy zacząć.
Nie chodzi o to, by nie dbać o innych i ich dobro. Jednak pamiętaj, że jeśli dbasz o innych z innego powodu niż czyste pragnienie czynienia tego, z innego niż czysta Miłość w sercu, to krzywdzisz siebie i innych, nic dobrego nie czynisz. Rozprzestrzeniasz tylko i tak wszechobecną energię uzależnienia. Nie ma znaczenia czy jest to uzależnienie fizyczne, psychiczne, emocjonalne czy jakiekolwiek inne.
Jeśli spodziewasz się odwzajemnienia, to znaczy, że twoje intencje nie są czyste. Masz interes do załatwienia, a nie dobro do ofiarowania. To dwie różne rzeczy. Bądź bardzo ostrożny, by ich nie pomylić.
Wnoś dobro i lekkość w życie ludzi, ale nie zacznij myśleć, że ich szczęście zależy od ciebie. Jeśli w to uwierzysz, skończysz na dnie frustracji. Obarczysz się zbyt wielką odpowiedzialnością i zatracisz się w syzyfowym działaniu. Pomijam już zupełnie, że to może oddzielić cię od pokory, a to również jest groźne.
Uszczęśliwiaj siebie. Pamiętaj jednak, żeby nie czynić tego cudzym kosztem. Bądź w tej sprawie całkowicie uczciwy wobec siebie i innych. Jeśli to przeoczysz słono za to zapłacisz. Dbaj, by nie utonąć w cudzych łzach. Masz prawo do szczęścia i wszelkiej obfitości, ale to nie oznacza, że wolno ci kogoś skrzywdzić. Nie zbudujesz swojego szczęścia ani na cudzym ani na swoim nieszczęściu.
Miej Serce Czyste, miej w nim Miłość i Dobroć bez granic, miej Wyrozumiałość i Cierpliwość, miej Pokorę i Ufność, miej Wiarę i Nadzieję, miej Świadomość i Mądrość, miej Godność i Odpowiedzialność, miej Szacunek i Wierność, miej Prostotę i Otwartość, miej Ciekawość i Wytrwałość. Bądź Prawdziwy i Spójny.
Poznawaj wciąż siebie, bo to jedyna gwarancja sukcesu. Poznawaj swoje lęki i nadzieje, zagłębiaj się w nie, by odkryć to, czego naprawdę pragniesz. Bowiem jedynie to się stanie rzeczywistością. Miej świadomość, co i dlaczego wybierasz, bo to ochroni cię przed zbłądzeniem. To sposób na poczucie bezpieczeństwa. Poszerzaj swój wgląd, bo to twoja tarcza ochronna. Buduj zgodę i jedność.
Obserwuj swoje życie. Przez obserwowanie, co i jak się w nim dzieje, możesz odkryć najważniejszą z możliwych rzeczy – potrzebę twojej Duszy. Gdy ją odczytasz, wszystko stanie się bardzo proste. Bądź uważny na emocje. Szanuj je ponad wszystko, bo to wysłannicy twojej Duszy. Ucz się je odczytywać. To prawdziwy poziom skutecznej komunikacji. Język emocji jest najważniejszym z języków, których mógłbyś się nauczyć. Pomyśl, nawet gdybyś umiał dogadać się z każdym człowiekiem na kuli ziemskiej, to, co z tego, jeśli nie potrafisz porozumieć się z samym sobą. To jest właśnie szczyt samotności.
Przyglądaj się wszystkiemu, co cię denerwuje, złości, rani, irytuje lub w jakikolwiek inny sposób boleśnie dotyka, bo to podstawowy sygnał, że jest to w tobie. Inaczej byś tego nie dostrzegł i nie poczuł. Zajmij się tym natychmiast, poczuj to, zaprzyjaźnij się z tym, przyjmij to, odczytaj przekaz, uczyń, co należy i uwolnij (pozwól temu odejść), bo inaczej za chwilę będziesz miał w „ogródku” całe mnóstwo chwastów.
Rozwijaj się, to gwarantuje wysokie wibracje, a te są niezbędne do bycia lekkim, lekkość zaś jest warunkiem szczęśliwości. Szczęśliwość sprzyja rozwojowi i obieg się zamyka. Bądź dynamiczny, to zabezpiecza przed stanem „uśpienia”. Uśpienie przynosi nieruchomość, a ta zawsze zaprowadzi cię do roszczeń i oczekiwania, że ktoś nadejdzie, by cię uszczęśliwić i wyrwać z niedoli. Nawet, jeśli przyjdzie, to zauważ, że najpierw będziesz trwać w niedoli. Nie sądzę byś tego właśnie pragnął. Gdyby tak było, nie czytałbyś tych słów. Chyba, że czytasz je właśnie po to, by im zaprzeczyć i mieć więcej dowodów, że masz rację. Jeżeli wybrałeś niedolę, bo taka jest twoja wola i twoje prawo, nie obawiaj się, nikt cię z niej nie wybawi, bo możesz tego dokonać jedynie sam.
Popatrz na siebie, sam siebie takim uczyniłeś. Popatrz na swoje życie, sam je takim stworzyłeś. Popatrz na ludzi wokół siebie, sam ich zaprosiłeś. Przestań się oszukiwać – masz więcej wpływu, niż ci się wydaje. Możesz zmienić to, co chcesz i możesz tego nie zmieniać. To zależy tylko od ciebie. Wiesz przecież, że brak decyzji, to również decyzja. Tak samo ważna jak inne i tak samo sprawcza, jak inne.
Myślisz o czasie, który minął. Nie ma go już i nigdy nie wróci. Możesz spędzić resztę życia na „reanimowaniu” swojej przeszłości (jakakolwiek była) lub na szczęśliwym życiu Teraz. To tworzy twoją przyszłość. Pomyśl, co się bardziej opłaca. Poczuj, czego pragniesz. Skup się na czasie, który nadchodzi. Nie ma znaczenia ile go jeszcze dla ciebie zostało. I tak się nie dowiesz, a nawet gdybyś wiedział, to, co to zmienia? Nic! Albo jesteś dla siebie ważny, albo nie i czas nic tu nie ma do rzeczy. Nawet, jeśli jest to jeden dzień, warto go przeżyć szczęśliwie. Nawet, jeśli jest to jedna chwila, warto. Chwila szczęśliwa trwa wieczność, tak samo, jak ta nieszczęśliwa. Teraz już wiesz, że nie chodzi o minutę, dzień, rok, czy dziesięć lat – chodzi o wieczność i o to, by była szczęśliwa – o to najbardziej chodzi. Czy to coś zmienia?
Skoro to czytasz, żyjesz w tej chwili. Zauważyłeś? Właśnie przeżywasz swoją wieczność. Jaka ona jest? Jaka będzie, gdy skończysz czytać? Jaka będzie, gdy położysz się spać? Jaka będzie, gdy pójdziesz do pracy? Odpowiem na to pytanie sam. Będzie taka i tylko taka, jaką ją sam stworzysz.
Jeżeli zechcesz być szczęśliwy – będziesz. Jeżeli zechcesz być nieszczęśliwy – będziesz. To ty decydujesz. Twoja wieczność jest w twoich rękach, a właściwie w twoich myślach, w tym, w co wierzysz całym swoim sercem. Dlatego właśnie warto to odkrywać. Im większa jest twoja świadomość twoich myśli, tym większy jest twój wpływ na twoje życie.
Dyscyplina w myśleniu jest najważniejszym istniejącym rodzajem dyscypliny. Jej brak jest jednym z największych możliwych zaniedbań, jakich może dopuścić się człowiek. Trudno też sobie wyobrazić, by istniały gorsze konsekwencje ponad te, które wynikają z braku tejże dyscypliny. Wyobraź to sobie, każdy z nas (przeciętnych ludzi) ma ponad 90 tysięcy myśli dziennie. Ty również (chyba, że nie jesteś przeciętny i masz ich więcej) – ile z nich znasz? Ilu z nich jesteś świadom? Zapewniam cię, że ważniejsze są te, których nie znasz.
Rozejrzyj się wokół siebie. Świat pokazuje twoje nieświadome myśli. Jest dokładnie taki, jak te myśli. Mówi ci to coś? Nie możesz w to uwierzyć? W co? W to, co widzisz, czy w to, że ty to sam stworzyłeś? To jeszcze nic. Może nie wiesz, ale teraz też tworzysz. Zobaczysz to za jakiś czas i znów nie uwierzysz? Można i tak.
Wiem, że kiedyś uwierzysz w to, że to, w co wierzysz ma znaczenie. Wtedy się tym zajmiesz. Zapragniesz, uwierzysz i dokonasz cudu. Obyś to zauważył. Jeśli pomyślisz, że to jakiś przypadek, nie zdołasz tego powtórzyć, a tylko zaczniesz bezwiednie czekać. Szkoda by było. Poza tym, po co masz czekać na coś, co zależy jedynie od ciebie? Przyznasz chyba, że to byłoby trochę bez sensu.
Uwierz w siebie, to również zależy jedynie od ciebie.
Wszechświat ci sprzyja.
I pamiętaj. Stwarzasz.
To, co Stwarzasz jest wyrazem jedynie tego, w co głęboko wierzysz. Jeżeli wierzysz, że nie możesz doświadczać obfitości – to właśnie stwarzasz. Jeżeli wierzysz, że może być gorzej – będzie. Im bardziej się czegoś boisz, tym szybciej nadejdzie. Twierdzisz, że to bzdury, bo przecież, jeśli przyjdzie, to będziesz nieszczęśliwy, a nie pragnąłbyś dla siebie nieszczęścia. A ja twierdzę, że byłbyś jeszcze bardziej nieszczęśliwy, gdybyś się musiał przyznać do pomyłki. Dlatego właśnie przyjdzie. Przyjdzie po to, żebyś miał rację i mógł się tym pochwalić, jaki to mądry jesteś. Możesz się nie zgodzić, dla naturalnego prawa nie ma to żadnego znaczenia. To zupełnie tak samo, jak z prawem grawitacji. To, że mu zaprzeczysz nie spowoduje, że przestanie działać. I tak zadziała. Po prostu obserwuj, jak twoje myśli materializują się w twoim życiu. Wiem, do tego trzeba prawdziwej odwagi. Naprawdę nigdy nie zauważyłeś takiej oto swojej myśli?: „Co za los? Skąd wiedział, że to mnie dokładnie zaboli? Dlaczego znów dzieje się coś, czego najbardziej nie chcę? Itp.
Na szczęście Wszechświat jest bardzo sprawiedliwy. Dba o równowagę. Dlatego po drugiej stronie spełniających się lęków, których całym sobą się boisz, są pragnienia, których całym sobą pragniesz. Wybór tego, na czym się skupisz należy, jak zwykle do ciebie. Nie będę ci współczuł, bo to raczej dobre wieści. Więc ci gratuluję!
Jeżeli chcesz – uśmiechnij się. Jeżeli chcesz – rozpłacz się. Ale zrób z tego użytek!!!!!
Przyjrzyj się temu, w co wierzysz. To podstawa. Nie dokonasz żadnej zmiany, dopóki nie masz świadomości, w co wierzysz. To sedno tworzenia. Wszystko zaczyna się od myśli. Poznaj je. Zajrzyj do Pisma Świętego: „Na początku było słowo… bez niego nic się nie stało, (z tego), co się stało….” A skoro było słowo, to najpierw musiała być myśl. Jeśli nie dowierzasz, to powiedz jakiekolwiek słowo, które „cokolwiek” oznacza, nie myśląc wcześniej o tym „cokolwiek”. Nikomu się to jeszcze nie udało, więc i tobie pewnie też nie. I co z tym zrobisz?
Przeprowadź „spis inwentarza”. Prawdopodobnie wiele rzeczy działa całkiem dobrze, ale są pewnie i takie, które działają źle. Zrób selekcję pozytywną. Nie musisz zmieniać wszystkiego. Wystarczy, jeśli zmienisz to, co oddziela cię od szczęścia. Możesz dokonać zmian, jeżeli zechcesz. Wiesz to!
Jeżeli naprawdę zapragniesz, zaczniesz szukać i znajdziesz wskazówki, jak tego dokonać. Poza tym, posiadasz (jak każdy) zdolność wyciągania wniosków i najgłębszą możliwą wiedzę o swoim życiu – użyj jej.
Rozwój, to niesamowita, wewnętrzna, „koronkowa robota”. Nie zawsze jest łatwo i miło po drodze, ale cel wart jest starania. Nie ma na Świecie większej nagrody, niż bycie Szczęśliwym Człowiekiem, a to właśnie jest celem i nagrodą.
Na zakończenie małe, prywatne wynurzenie. Piszę to jako człowiek poszukujący, odkrywający i błądzący. Raczkuję. Chwilami się cieszę, a chwilami mam łzy w oczach. W niektórych momentach nie mogę uwierzyć, że wierzyłem w to, co właśnie odkrywam. Nie mogę się nadziwić, jak bardzo sam komplikowałem swoje własne życie. Doświadczam bardzo różnych emocji. Niektóre z nich są zaskakująco silne i niespodziewane. Czasem natrafiam na wewnętrzny opór i prawdopodobnie da się to zauważyć. Być może doświadczam tych samych trudności, kiedy piszę, których doświadczasz Ty, gdy czytasz. Nie wiem. W wielu momentach wcale mnie nie cieszy i nie zachwyca to, co w sobie odkrywam. Jednak pamiętam, że nie chodzi o to, by się pozachwycać, ale o to, by z tego możliwie najlepiej i najpełniej skorzystać.
Piotr Pilipczuk